Lampki oliwne Jerzego Waldorffa

Opublikowano: poniedziałek, 20, kwiecień 2020 07:17
Pietras Sławomir

Taki tytuł otrzymały ostatnie szkice literackie, które wydały „Iskry” w 1999 roku, tuż przed śmiercią autora. Waldorff rozpoczął je zdaniem „Tak się dzieje pod jesień…”, a pod koniec grudnia już żegnaliśmy go na Powązkach. Ponieważ urodził się w roku 1910, idealnie zmieścił się, aby móc być człowiekiem XX wieku.

 

Przeczuwając odejście jeszcze raz wspomina, rozlicza, medytuje i rozwodzi się nad takimi postaciami, jak Konstanty Ildefons Gałczyński, Marian Eile, Irena Kwiatkowska, Roman Jasiński, Stefan Kisielewski, Stanisław Lorenz, Adam Sapiecha, Zygmunt Mycielski, Aleksander Zelwerowicz, Krzysztof Penderecki i Witold Małcużyński.

 

Przed dwoma laty zacząłem myśleć i działać, jakby uchronić od zapomnienia spuściznę literacką i publicystyczną Jerzego Waldorffa. Ze swych zamierzeń zwierzałem się zaufanym wielkopolskim krajanom, a właściwie ich potomkom, bo przecież tamto pokolenie dawno już wymarło. Wespół z byłym marszałkiem wielkopolskim Stefanem Mikołajczakiem, szczególnie wrażliwym na chwalebną przeszłość swej ziemi, złożyliśmy wizyty Krzysztofowi Derezińskiemu – burmistrzowi miasta Trzemeszna (Waldorff spędził dzieciństwo w pobliskim majątku –Rękawczynie), ks. Piotrowi Kotowskiemu – proboszczowi tamtejszej Bazyliki (gdzie Waldorff był ministrantem i grywał na organach), a zwłaszcza prymasowi Wojciechowi Polakowi w Gnieźnie, który te zamiary pochwalił i pobłogosławił.

 

Wszyscy byli zgodni, że należy powołać Festiwal Jerzego Waldorffa nawiązujący do jego wielkopolskich korzeni, muzycznych preferencji, twórczości literackiej i atrakcyjnych działań popularyzatorskich w dziedzinie sztuki, historii i innych działań  artystycznych, którym nasz bohater poświęcał się z talentem i zapałem przez całe swe długie życie.

 

Zarówno burmistrz jak i proboszcz byli zgodni, że miejscem wydarzeń festiwalowych powinna być Bazylika (koncerty organowe, orkiestrowe i chóralne), Aula Liceum im. Michała Kosmowskiego (recitale, czytanie tekstów Jerzego Waldorffa, spotkania literackie i wspomnieniowe). W uczelni tej kształcili się nie byle kto, bo Cegielski, Hulewicz, bracia Śniadeccy i nasz Waldorff, jeszcze wtedy nazywający się Preyss. Nad Trzemesznem góruje jednak postać Jana Kilińskiego, który tu się urodził, ale do Liceum nie chodził bo był szewcem. 


Byłoby czym zajmować się na Festiwalu łączącym pamięć o patronie z szerokim spektrum historycznym, muzycznym, teatralnym, rapsodycznym i baletowym, a nawet sztuką ludową w postaci śpiewu i tańca prezentowaną w plenerowym amfiteatrze, lub w razie niepogody adaptując halę sportową na salę widowiskową.

 

Aby to wszystko przetestować wybrałem się z mieszkańcami Trzemeszna na spektakl Opery Nova do Bydgoszczy, dokąd trzemeszeńskich melomanów co miesiąc woził ksiądz proboszcz Kotowski. Jak zawsze gościnny dyr. Maciej Figas udostępnił salę kameralną i zadeklarował artystyczną współpracę z przyszłym festiwalem. Wszak Trzemeszno leży na połowie drogi między Poznaniem a Bydgoszczą. Obecni na spotkaniu jego mieszkańcy wyrazili niekwestionowane poparcie dla tych konceptów, więc zacząłem konstruować program trzech pierwszych edycji, wzbudzając w Poznaniu zainteresowanie dyr. Wojciecha Nentwiga (Filharmonia) i dyr. Przemysława Kieliszewskiego, a w Warszawie i innych ośrodkach artystycznych deklaracje współdziałania szeregu wybitnych artystów i ludzi pióra związanych z muzyką. Wszystkim podobały się projekty czytania tekstów Jerzego Waldorffa przez znanych polskich aktorów, spotkania wspomnieniowe związane z jego postacią i biografią, koncerty muzyki polskiej w Bazylice, a zwłaszcza szczególna promocja dorobku muzycznego Poznania i Wielkopolski, z którą Waldorff tak bezprzykładnie utożsamiał się powtarzając często, że jest „poznańską pyrą”.

 

Niestety projekty te po pewnym czasie zaczęły więdnąć. Burmistrz Deresiński przestał się odzywać i nie reagował na próby kontaktów, artyści i instytucje które zjednałem do idei festiwalu nie mogły dłużej utrzymać ustalonych terminów, a również i ja – co przyznaję ze wstydem – poczułem się zawiedziony milczeniem naszych partnerów z Trzemeszna. Tak jest do dzisiaj. Wczytując się w ostatnią pracę literacką Jerzego Waldorffa niepoprawnie i beznadziejnie myślę, czy tak wymarzony festiwal nie mógłby nazywać się po prostu „Lampki oliwne Jerzego Waldorffa”.

 

Spróbujmy więc mimo wszystko jeszcze raz podejść do tej idei. Choćby na razie skromnie, w miarę posiadanych środków, może z pomocą Wielkopolskiego Urzędu Marszałkowskiego, sponsorów i niemałej liczby osób pamiętających, kim był syn ziemi poznańskiej Jerzy Waldorff.

 

Będę cierpliwie i z nadzieją czekał na sygnały w tej sprawie z jego rodzinnego Trzemeszna!.

                                                                 

                                                                       Sławomir Pietras