Jak dostać się do nieba

Opublikowano: poniedziałek, 07, wrzesień 2026 06:25
Pietras Sławomir

Liczyłem na bardziej obfitą polemikę po felietonie „Kto rządzi Operą w Polsce”. Widocznie zgadzają się ze mną, zwłaszcza publicyści, skoro zgłosił się – doniesiono mi – tylko jeden. Nazywa się Piotr Iwicki, pisze podobno w „Niedzieli”, ale pozostaje pytanie: kto zacz?

 

Perkusista, pianista, kompozytor, dziennikarz, dziś już ponad 60. letni samorządowiec, wójt, dyrektor czegoś tam (wszystko to bardzo krótko), a od pewnego czasu sekretarz miasta Milanówka, to już coś; takiego jeszcze nie było!

 

Podobno koncertował w kraju i na świecie (pewnie na tej perkusji), ale najdłużej na tych bębnach, kotłach i cymbałach grał w Warszawskiej Operze Kameralnej, bo aż blisko lat 30, więc powinien wiedzieć, kto rządzi Operą w Polsce. On nie nonszalancko twierdzi, że „swego czasu szef nawet kilku instytucji (z rozmaitym skutkiem)”. Tak skomentował moje 42 sezony kierowania wszystkimi Teatrami Wielkimi, trzykrotnie Operą Wrocławską, Polskim Teatrem Tańca, a czasem jednocześnie dyrektorowaniem w dwóch teatrach.

 

O tym – poza moim adwersarzem – wiedzą wszyscy, ale mało kto pamięta, że publicystą zostałem już w latach siedemdziesiątych (Gazeta Poznańska, Nurt Radio Poznań, a potem już prasa łódzka, Życie Warszawy, no i ponad dwadzieścia lat coponiedziałkowych felietonów w Angorze. I to między innymi dzięki wyrażanych na tych łamach poglądach tolerowano mnie tak długo na czele teatrów, a nie – tak jak pana – co chwilę z perkusji na samorządowca i z powrotem.

 

Natomiast przestałem kierować teatrami nie na skutek „wymiany pokoleń”, smugi cienia, wypalenia, zgorzknienia, a nawet fizycznego podobieństwa do Zbigniewa Ziobry (sic!) ale ubaw. Tylko po prostu w porę odchodząc na emeryturę. Bardziej jeszcze dlatego, aby Pana poznać – czytając jakże nieudaczną polemikę, dzięki czemu dowiedziałem się, że Pan w ogóle istnieje. Budzi zdumienie, przepisany ze starych kalendarzy aby popisać się wiedzą sążnisty wywód o walce kobiet o równouprawnienie. Martwi się Pan, że „dzieła kompozytorek nadal są wykonywane rzadziej, niż utwory ich męskich kolegów”.


Widocznie muzyka Tekli Bondarzewskiej, Joanny Bruzdowicz czy Wnuk-Nazarowej nie ma u melomanów takiego wzięcia jak dzieła Chopina, Moniuszki czy nawet Pendereckiego. Natomiast ja od lat staram się zgłębić dysproporcję płciową w gronie dyrygenckim. W młodości angażowałem w Operze Wrocławskiej Zofię Urbanyi-Świlską (świetnie dyrygującą dziełami Mozarta) sympatyzowałem z początkami kariery Agnieszki Duczmal, podziwiałem rzetelną pracę przy pulpicie dyrygenckim Agnieszki Kreiner, wiedeńskie poczynania pochodzącej z Sosnowca Doroty Paszty-Agnoletto, niegdyś mojej koleżanki z będzińskiego „Kopernika”, czy moich i ostatnich latach poznańskich jakże owocnie współpracowałem z Agnieszką Nagórką, obecnie szefową artystyczną Opery w Szczecinie.

 

Tak więc Pan Iwicki niewiele zrozumiał z felietonu „Kto rządzi operą w Polsce”. Aby ostatecznie potępić moją rzekomą wrogość w stosunku do kobiet na fotelach dyrektorskich w operach, potrudził się nawet o wykazanie, że słowo „opera” jest rodzaju żeńskiego aż w kilkunastu językach, więc trzeba ze zdziwieniem brać to pod uwagę. Tak kuriozalną polemikę w zaledwie poruszonym temacie sytuacji kobiet na stanowisku, które sam sprawowałem codziennie, od ponad czterdziestu lat, mój (pożal się Boże) adwersarz wykorzystał przyciężkawo do obrony, promocji i wyeksponowania swej wieloletniej chlebodawczyni Alicji Węgorzewskiej, wymieniając – niby mimo chodem – jej zalety, zasługi i sukcesy pod jej kierownictwem.

 

Nie będąc przeciwnym, a dziwiąc się tylko takiemu wysypowi kobiet na stanowiskach dyrektorskich w polskich teatrach operowych wykorzystuję okazję, aby potwierdzić uznanie dla osiągnięć dyr. Węgorzewskiej, powoli zapominać o jej konfliktach z nieboszczykiem Kaczyńskim i śledzić dalszy przebieg jej dyrektorskiej kariery.

 

Poklepywanie po plecach pozostałych kobiet – dyrektorek w końcówce tej kiepskiej polemiki, oraz uwagi dotyczące mojej fotografii przy felietonie uznaje za przejawy nie wyleczonych kompleksów. A jeśli chodzi o tytułowe przemyślenia, to postanawiam zaglądać do tygodnika „Niedziela”. Być może w zamian za pokutę czytania mało wykwintnych i rozumnych tekstów mojego polemisty, szybciej dostanę się do nieba.

                                                                            Sławomir Pietras