Nie wiem, skąd się to ludziom wzięło, ale wszelkie zjawiska w miarę niecodzienne, akceptowalne, powtarzane i wzbudzające uznanie zaczęli nazywać festiwalami. A jeśli bierze w nich udział choćby jeden cudzoziemiec, to już na afiszu pojawia się hasło: Festiwal Międzynarodowy. Sam nie jestem bez winy wymyśliwszy, zorganizowawszy, lub choćby uczestniczący i wspierający takie imprezy jak Lądeckie Lato Baletowe, Festiwal Ave Maryja, Poznańskie Dni Verdiego, Festiwal Hoffmanowski, Poznańska Wiosna Baletowa, Festiwal Moniuszkowski w Kudowie-Zdroju, Bydgoski Festiwal Operowy, Festiwal im. Jana Kiepury w Krynicy, czy Festiwal im. Adama Didura w Sanoku. A przecież są to wydarzenia dotyczące tylko muzyki, opery i baletu, a więc kropla w morzu polskiej festiwalomanii.
Niektóre z nich, gdy wpadły w nieodpowiednie ręce zaczęły więdnąć. Inne (Bydgoszcz - dyr. Maciej Figas, Sanok - dyr. Waldemar Szybiak, Lądek - dyr. Karolina Sierakowska) kwitną i rozwijają się zasilając swymi ideami i repertuary regiony, gdzie nie egzystuje stała działalność operowa, baletowa, czy koncertowa (z wyjątkiem Bydgoszczy). Organizowanie festiwali rozprzestrzeniło się ostatnio po całej Polsce, objęło coraz mniejsze ośrodki i podjęło coraz bardziej kuriozalne tematy. W śród nich oczekuję już tylko Festiwalu Świerzego Powietrza, Bólu zębów i Zdrowego Rozsądku. Ale lepiej niech terenowi działacze organizują nawet niedorzeczne imprezy festiwalowe, niż mieliby z nudów pluć i łapać, lub pisać głupawe felietony awansować na posady sekretarzy małych miejscowości.
Co innego obchody. W tym specjalizują się Wielkopolanie, składając sobie obowiązkowe wzajemne życzenia, czasem poparte niezbyt kosztownym prezentem, zwykle mającym zaletę przedmiotu codziennego użytku.
Inny kształt i charakter do dziś mają obchody na Śląsku i Zagłębiu. Tamtejsza tradycja nakazuje świętować urodziny, przy suto zastawionym stole, butelczynach mocniejszego trunku i niekończących się życzeniach w miarę trwania urodzin nie raz zatracających ględzeniem. Czasem takie obchody przekształcają się w dysputy, spory polityczne i kłótnie często uwłaczające godności solenizantów.
Nie obchodzą mnie uroczystości związane ze świętami państwowymi, odpustami parafialnymi, rocznicami wojen, powstań i nie zawsze zwycięskich bitew. Tym zajmują się z urzędu różnego szczebla wadze.
Moje dzieciństwo i wczesna młodość upłynęły w Zagłębiu, gdzie nie było jeszcze mody na festiwale. Wszelkie obchody i rocznice były zwykle ignorowane chyba że 1 Maja, bo to święto pracy i szło się na pochód, a nie do szkoły, biura, czy fabryki.
Natomiast poważnym problemem było upamiętnianie rocznic śmierci znajomych, przyjaciół i krewnych, którzy choć już ciałem na cmentarzach, duchem ciągle rezydowali w naszych głowach, a wspomnieniami niejednokrotnie w naszych sercach.
Po to, aby móc z tęsknotą myśleć o kimś bliskim, musi on - co oczywiste - najpierw zejść z tego świata. Tak się stało z naszym sąsiadem Ciopińskim naszym cenionym zdunem mieszkającym ze swą liczną rodziną na parterze naszego domu czynszowego w oficynie, bo lokale na froncie były o wiele droższe, a Ciopiński część swych dochodów nieustannie przepuszczał przez gardło i już na wystawne lokale nie starczało. Ale był osobą publicznie lubianą, budującą i naprawiającą piece kaflowe nadzwyczaj solidnie, bo kaloryferów centralnego ogrzewania w domach czynszowych jeszcze nie było.
Toteż wiadomość, że Ciopiński wrócił nad ranem do domu „pod dobrą datą” (tak się u nas mówiło), zatoczył się w progu i upadł nieżywy, wywołała szok mieszkańców i szczere współczucie dla osieroconej wieloletniej rodziny. Prawdę mówiąc my - dzieci z „luksusowego” frontu - nie bardzo dotąd interesowaliśmy się potomstwem Ciopińskiego, nie dopuszczając do wspólnych zabaw niedomytych, nędznie ubranych, usmarkanych i skorych do zaczepek o byle co. Na podwórku często wołały do nas „daj se ugryźć” gdy wynosiliśmy z domu jakieś kanapki, słodycze czy owoce.
Teraz sytuacja się zmieniła moja ulubiona dozorczyni Kazimiera Kaszubowa uciszała na podwórku nasze zbyt głośne rozmowy. Przed drzwiami Ciopińskich stało wieko ozdobnej i zamożnej trumny, a we wnętrzu mieszkania leżał nieboszczyk na prowizorycznym katafalku, otoczony świecami i kwiatami w doniczkach, przyniesionych przez lokatorów ze wszystkich pięter. Pobożne kobiety z sąsiedztwa przyszły śpiewać nabożne pieśni żałobne, a potomstwo nieszczęśnika, tym razem wymyte i odświętnie ubrane, patrzyło na nas z poczuciem wyższości, że wreszcie odgrywa główną rolę.
Sławomir Pietras