Co by tu zagrać ku uciesze publiczności

Opublikowano: poniedziałek, 10, sierpień 2026 06:21
Pietras Sławomir

Układanie repertuaru jest domeną dyrektora teatru, ale często podważaną przez różne rady teatru, związki zawodowe, poszczególne indywidualności tkwiące w zespole, organizacje widzów tkwiące przy kasach biletowych lub nawet żonę, a nawet kochankę dyrektora, jeśli w ogóle takową posiada. Z moich doświadczeń wynika, że aby możliwie długo utrzymać się na tym stanowisku, należy grać w kółko Madama Butterfly, Traviatę, Carmen, dla szkół Halkę i Straszny dwór, dla dzieci Królewnę Śnieżkę i coś tam jeszcze „współczesnego”, a z baletów Giselle, Jezioro łabędzie, to nic, że zubożone i pokiereszowane. Dlaczego wymieniłem te właśnie tytuły? One bowiem zawsze zapewniają frekwencję, często organizowaną, wymuszoną mimo, że na afiszu widnieje „ciągle to samo w koło Macieju”.

 

Podejmując nieśmiało zachęcanie młodszych kolegów – dyrektorów polskich teatrów operowych – (i koleżanek!) do większej odwagi repertuarowej, podsuwam podstępnie niektóre sugestie warte przemyślenia w czasie zapełniania wakacyjnego wolnego czasu.

 

Od niepamiętnych sezonów nie pojawiały się w naszym repertuarze tak wybitne tytuły, jak Medea (Cherubini), Tristan i Izolda (Wagner), Wilhelm Tell (Rossini), Trojanie (Berlioz). Nikt nie odważa się zagrać młodzieńczych dzieł Pucciniego (Edgar), Wagnera (Rienzi), czy Verdiego (Dzień królowania).

 

Niemałe zaniedbania dotyczą repertuaru polskiego. Pretensje o niegranie wybitnych polskich dzieł operowych można kierować również do mnie. Mając do dyspozycji ponad 40 sezonów w pięciu teatrach (zdarzało się, że dwoma kierowałem jednocześnie), ani razu nie zrealizowałem Casanovy Ludomira Różyckiego i Goplany Władysława Żeleńskiego – dwóch najwybitniejszych dzieł po moniuszkowskich. Zapewne dlatego od niepamiętnych czasów nie jestem odznaczany, a Glorię Artis otrzymałem – o paradoksie – z rąk mojego rywala Waldemara Dąbrowskiego – wówczas Ministra Kultury, ale tylko srebrną, bo wersję złotą zatrzymał dla siebie.

 

O wiele bardziej skomplikowane relacje łączą mnie z nieżyjącym już kompozytorem Romualdem Twardowskim. W latach sześćdziesiątych Opera Śląska zrealizowała prapremierę jego opery Cyrano de Bergerac z rewelacyjnym Sławomirem Żerdzickim i moją ukochaną Polą Bukietyńską jako Roksaną. Byłem na każdym przedstawieniu, nie tylko dla adoracji ich obojga, świetnej bytomskiej obsady solistów i kierownictwa muzycznego niezrównanego od Mozarta po współczesność Włodzimierza Ormickiego.


Przyjeżdżałem aż z Poznania, gdzie już studiowałem, aby słuchać muzyki Romualda podziwiać jej teatralność i kunszt w zespoleniu z tekstem libretta. Zaprzyjaźniliśmy się. Swą pracę w Operze Wrocławskiej rozpocząłem od premiery baletu Rzeźby Mistrza Piotra, z muzyką Twardowskiego, która dzieliła sukces z choreografią Teresy Kujawy.

 

Wkrótce talentem Romualda zainteresował się Teatr Wielki w Łodzi. Tam byliśmy świadkami prapremier Tragedyi albo rzecz o Janie i Herodzie, Lorda Jima i Marii Stuart. Niedługo potem również ja znalazłem się w Łodzi. Zapoznając się z granym dotychczas repertuarem trafiłem na 24 z kolei przedstawienie Marii Stuart, które oglądało tylko 28 osób. Uważając taką liczbę wykonań współczesnego dzieła operowego za wręcz imponującą, nie chcąc urazić kompozytora, a jednocześnie zmuszać Łodzian do śledzenia operowych dziejów królowej z dalekiego przecież kraju, zamiast walczyć pod sztandarem Solidarności, co właśnie się zaczęło (1981).

 

Romuald Twardowski uznał to za akt wrogości. Towarzyszyła mu Maria Fołtyn, reżyserka tego przedstawienia, która jeśli pod koniec dnia nie skłóciła kogoś z kimś, to musiała brać tabletki, a jeśli nie pomagały, zastrzyki i lewatywy, co dobiegało z Ambulatorium Teatralnego, a niektórzy twierdzili, że to odgłosy erotyczne.

 

Niezależnie od tego w planach repertuarowych miałem mojego ukochanego Cyrano de Bergerac. Niestety temu wspaniałemu dziełu towarzyszyły okoliczności tragiczne. Mianowicie na prośbę braci Czechów partyturę, głosy orkiestrowe, wyciągi fortepianowe i teksty libretta wysłano do Pragi, gdzie bezpowrotnie w zamęcie tamtejszej rewolucji zaginęła. Podobno zniszczyli ją bracia Czesi w rewanżu za wizytę naszych wojsk w niedalekiej przeszłości.

 

Tego zdjęcia z afisza spektaklu Maria Stuart Romuald Twardowski nigdy mi nie wybaczył. Dochodziły z Warszawy czasem przekleństwa, złorzeczenia, i inwektywy doprawdy niegodne tak wybitnego kompozytora. Obecnie – już po prostu do nieba – ślę błagania, aby odnaleźć być może zachowaną gdzieś partyturę Cyrana i zagrać to dzieło już poza naszym sporem, w głębokim przekonaniu, że się miało do czynienia z artystą niezwykle wybitnym, acz nieco niezrównoważonym.

                                                                  Sławomir Pietras