Postanowiłem się leczyć, co wypadło aż w czterech szpitalach. Na szczęście dostałem się w ręce doktora nauk medycznych Tomasza Dei, który przy stole operacyjnym szpitala MSWiA w Poznaniu czyni cuda, a więc ja takim cudem zostałem objęty. Dysponuje przy tym najsprawniejszym zespołem pomocniczym, z jakim się zetknąłem. O pozostałych pisać będę na razie anonimowo, bo jeszcze nie wyzdrowiałem.
Po nocach śni mi się szyderczy śmiech pewnej pielęgniarki od zawieszania kroplówek, która na moje błagania o specyfik na swędzenie w lewej stopie z ironią stwierdziła, że taki nie istnieje. Cierpiałem całą noc. W uszach dźwięczały mi słowa tej złowieszczej kobiety. Rano inna pielęgniarka wysmarowała mi nogę takim właśnie specyfikiem i w niecałe trzy minuty swędzenie ustało.
W swym długim już i barwnym życiu zawodowym zdarzało mi się porównywać metody organizacyjne, styl pracy, wzajemne stosunki i reakcje zachodzące między poszczególnymi grupami pracowników. Takie porównania mogę stosować, opierając się jedynie na wiedzy i doświadczeniu pochodzących z czasu kierowania aż sześcioma zespołami teatralnymi, z których każdy posiadał pion administracyjny, techniczny, księgowość, zespoły artystyczne (analogiczna produkcja) i fachowców od obsługi widzów.
Rezultaty działań szpitala liczą się – ale nie wyłącznie – kiedy pacjent zdrowieje. W moim przypadku tak się właśnie dzieje, głównie za przyczyną lekarzy. Próbuję zdrowieć w atmosferze huku, pokrzykiwań, ciągłych zbędnych dyskusji i mówienia do pacjenta na ty. Na moje pytania, dlaczego Pani pielęgniarka mówi tak głośno, otrzymałem odpowiedź, że część pacjentów nie słyszy. Na próby ustalenia, którzy pacjenci nie słyszą, nie otrzymałem odpowiedzi, więc nadal drzemy się do siebie na chwałę służby zdrowia.
Szpitale w porównaniu z teatrami mają o wiele mniej pracowników. Kiedy przyglądałem się codzienności oddziałów szpitalnych, jego rozwrzeszczanym pielęgniarkom i salowym, wydawało mi się, że ich przypadek sprawia, iż nie dochodzi do jakiegoś nieszczęścia. Może nie wszędzie tak jest. Może powiedzenie do pacjenta: „...te, Franek, cofnij się w lewo i chybotnij się na trzy”, szybciej postawi go na nogi niż wykład polszczyzny Jerzego Waldorffa. Myślę sobie nieraz, że stosowanie takiego ładu organizacyjnego w pracy teatralnej jak na oddziałach medycznych spowodowałoby, że kurtyna nigdy nie poszłaby w górę. A może, wreszcie, obserwowałem po prostu pracę tylko czterech oddziałów...
Aby szybciej zapomnieć nieprzyjemności w nocnych dyskusjach o specyfiku na swędzenie w Szpitalu Pomniku Chrztu Polskiego, pogrążyłem się w rozmyślaniach o zespołach szpitalnych i teatralnych. W jednym z nich pracuje Pani Halina (MSWiA), wzorzec pielęgniarstwa, energiczna, zdecydowana, kompetentna i decyzyjna. Funkcjonuje przy tym bez pomocy brzydkich słów. Jak trzeba – energiczna, jak trzeba – tkliwa i współczująca. Powinno się uczynić ją profesorem pielęgniarstwa.
Klientami zespołów szpitalnych są pacjenci, tych drugich, teatralnych – widzowie. Na szczęście szpitale mają ich o wiele mniej niż teatry. Zdarza się, że lekarzy i personel medyczny trzeba zapraszać do teatru na odpoczynek od tej codziennej krzątaniny. Bywa, że artystę należy oddać pomocy medycznej, bo presja tego zawodu jest nie do wytrzymania. Niechże kontakty i zjawiska tych środowisk odbywają się bez przysłowiowego „kurwa mać”.
Patrząc na Opery, Balety, Filharmonie i Teatry Dramatyczne, odkrywam niemało związków opartych na podziwie dla sztuki i podziwie dla medycyny. Napiszę kiedyś o tym książkę, a teraz wracam do rekonwalescencji w Dworku pod Kasztanami w Reczu koło Gniezna, gdzie czeka na mnie jego szefowa Pani Jolanta. W tym świetnie prowadzonym ośrodku gromadzi grono eleganckich dam, przy których, siadając do posiłku w wytwornym salonie, ciągle czuję się najmłodszy. W atmosferze zbliżającego się bogatego w pogodę i beztroskę lata napiszę dla Państwa stamtąd kilka najbliższych felietonów.
Sławomir Pietras