W Busku u Krystyny Jamroz

Opublikowano: poniedziałek, 06, lipiec 2026 06:50
Pietras Sławomir

Nowej generacji działaczy w sferze kultury wydaje się, rezultaty ich działań zależą od stworzenia odpowiedniej ilości konkursów i festiwali. Wśród nich coraz więcej poświęcone jest pamięci polskich śpiewaczek, śpiewaków i kompozytorów. To dobrze, chociaż po kilku edycjach pozostaje już tylko nazwisko patrona, a w programach organizatorzy zamieszczają… co komu w duszy gra. Tam, gdzie jestem zapraszany mówiłem głównie o Didurze (Sanok), Moniuszce (Kudowa), Kiepurze (Krynica), Adzie Sari (Nowy Sącz), czy ETA Hoffmannie (Poznań). 

 

Od lat w Busku-Zdroju odbywa się Festiwal Krystyny Jamroz. Dlaczego w Busku? Ano tam urodziła się przed ponad 100 laty wybitna, wyłącznie operowa śpiewaczka Krystyna Jamroz, którą wspominając polskie powojenne soprany dramatyczne, należy wymieniać obok Kaweckiej, Dankowskiej, czy Kujawińskiej.

 

Po uzyskaniu wokalnego wykształcenia w klasie prof. Ireny Bardy we Wrocławiu zadebiutowała w tamtejszej Operze, od razu tak poważnymi rolami dramatycznymi, jak Jenufa czy Rycerskość wieśniacza. Zauroczona młodym dyrygentem Antonim Wicherkiem, mając za patrona scenicznego wybitnego tenora Stanisława Romańskiego, zwabieni przez dyr. Zdzisława Górzyńskiego w latach pięćdziesiątych zjawili się w Poznaniu, wytrzymując konkurencję Antoniny Kaweckiej (Jamroz!), Wacława Domienieckiego (Romański!) i wreszcie samego Górzyńskiego (Wicherek!). W Poznaniu Krystyna Jamroz zaśpiewała między innymi Aidę, Bal maskowy, Turandot, Krutniawę, Eugeniusza Oniegina, Manru, Konsula i szereg ról, które zadecydowały o podboju Warszawy wkrótce, w sezonach przygotowujących otwarcie Teatru Wielkiego po odbudowie.

 

W stolicy Krystyna Jamroz poczuła się świetnie powiększając znacznie swój repertuar, przy czym Królowa w Don Carlosie i Marszałkowa w Kawalerze srebrnej róży stały się jej perłami w koronie. Uzbrojona w ramię dyrygenta, sceniczne towarzystwo partnera, urodę, wrodzoną błyskotliwość i inteligencję, moc i siłę głosu, jego solidne wykształcenie i talent sceniczny – szła do przodu jak burza!

 

Po otwarciu Teatru Wielkiego znalazłem się na spektaklu Don Carlosa. Śpiewał Ochman, Artysz, Ładysz, a ja poszedłem do garderoby solistek, aby podziękować Krystynie Szostek-Radkowej za wspaniałą kreację Eboli. Kiedy to zrobiłem Szostek-Radkowa zaproponowała abym pogratulował również Krystynie Jamroz, która śpiewała Królową i siedziała w garderobie obok.


Po raz pierwszy w takiej sytuacji poczułem nieśmiałość. Obawiałem się czy przez tę gwiazdę o głosie trochę chłodnym, ale porywającym, będę dobrze przyjęty. Zaryzykowałem. Była to urocza rozmowa i obietnica spotkania w Poznaniu, gdzie Krystyna Jamroz jeszcze od czasu, do czasu przyjeżdżała, aby śpiewać swój „stary” repertuar: Aidę, Konsula, Manru, i bodaj Turandot.

 

Podczas tej rozmowy przekonałem się, że mam do czynienia z elegancką damą powściągliwą w słowach, ale swobodną w emocjach, o której plotki rozsiewane przez operowe koczkodany, opowiadały niestworzone rzeczy, zwłaszcza po jej udanym małżeństwie z młodym dyplomatą Sergiuszem Mikuliczem (śpiewaczka blisko władzy!), a po latach z kolei małżeństwie córki (też Krystyny, fizycznej kopii Matki) z kompozytorem, głownie muzyki filmowej Henrykiem Kuźniakiem (nota bene moim krajanem z Czeladzi).

 

Mógłbym tak snuć tę opowieść w ramach felietonu, którym zastępuję swą chwilową niedyspozycję zdrowotną. Stąd tytuł „W Busku u Krystyny Jamroz”. Dodam jeszcze, że w finale kariery Krystyna nagrała z sukcesem na płyty Trubadura pod dyr. Zdzisława Górzyńskiego, a na scenie błysnęła kilkoma postaciami z repertuaru współczesnego, z którego Diabły z Loudun Krzysztofa Pendereckiego były w jej wykonaniu wysoko ocenione w kraju i Europie. 

 

Wszystko to razem z sukcesami w życiu osobistym było przedmiotem komentarzy w często wrednym środowisku operowym, a złośliwe rywalki nie ustawały w pomysłach.

 

Pewnego razu złotousta Maria Fołtyn (o trochę zardzewiałym już głosie) powiedziała do mnie: – Słyszałeś? Jamroz wyjeżdża z mężem na stałe za granicę, gdzie Mikulicz obejmuje placówkę dyplomatyczną. Będzie to Kambodża. Tam nie ma teatru operowego. Najbliższy jest w Pekinie, około trzy tysiące kilometrów dalej (patrzyłam na mapę!). Aby jednak w nim wystąpić, trzeba umieć chodzić po linie i być akrobatą. Tak więc kariera Jamroz wydaje się być zakończona – oświadczyła tryumfalnie przyszła wdowa po Moniuszce.

 

Dalszy ciąg wakacyjnych operowych plotek w przyszłym roku u Krystyny Jamroz w Busku-Zdroju.

                                                                               Sławomir Pietras