Polskie korzenie Niżyńskiego

Opublikowano: poniedziałek, 18, maj 2026 06:25
Julek Multarzyński

Rocznice urodzin wielkich artystów obchodzone są niekiedy ostrożnie z powodów niepewności daty urodzenia. Matka Wacława Niżyńskiego, w trosce o uchronienie przyszłego króla tańca przed służbą wojskową, datę tę świadomie cofnęła. Część źródeł wskazuje ją na dzień dwunastego marca 1890 roku. Inne wymieniają datę o rok, a nawet dwa lata wcześniejszą.

 

Przyjąwszy wersję matki, tej wiosny mija sto trzydzieści sześć lat od urodzenia Niżyńskiego, siedemdziesiąt sześć lat od jego śmierci i sto sześć lat od pogrążenia się w schizofrenii, z której się już nigdy nie wydobył. Obwiniany za to wszystko Sergiusz Diagilew próbował gwałtownymi interwencjami w świadomość Niżyńskiego przywrócić genialnego tancerza sztuce, ludziom i światu. Było to w latach 1922, 1924 i 1928. Pokazywano choremu próby i spektakle, w których niedawno tańczył, z tymi samymi partnerami, w jego własnych choreografiach, kostiumach i dekoracjach. Na próżno.

 

Od wczesnej młodości dawał znać o swych polskich korzeniach. W jego „Dzienniku” pisanym już w czasie choroby znalazło się szereg słów, określeń i zdań w języku polskim. Podczas drugiej wojny światowej Niżyńscy przebywali w Sopron, ukrywając Wacława przed nazistami mordującymi umysłowo chorych. Podczas wyzwalania Węgier spotkali polskich żołnierzy i sanitariuszy, z którymi artysta, przerywając nagle długie milczenie, mówił wyłącznie po polsku.

 

Zarówno jego matka, z domu Bereda, pochodząca z warszawskiej rodziny stolarzy, jak i ojciec Tomasz, syn powstańca styczniowego, byli Polakami. Oboje po ukończeniu szkoły baletowej przy Teatrze Wielkim, tańczyli w nim cały repertuar, póki nie zaangażowali się do wędrownej trupy. Po drodze co dwa lata rodziły się dzieci. Stanisław, który umarł młodo, Wacław podczas postoju w Kijowie i Bronisława, również tancerka i choreograf w zespole Diagilewa, pracująca później dla polskiego baletu.


Wacława ochrzczono w Kościele pw. św. Krzyża po powrocie z objazdu niemal całej Rosji. W międzyczasie tatuś Tomasz, tancerz słynący z wysokiego skoku (po nim odziedziczył to genialny syn), mistrzostwa w polskich tańcach narodowych (niezrównany mazurzysta), pociągu do kieliszka (też osobliwe polonicum) oraz skłonności do zdrad małżeńskich (cecha raczej uniwersalna), porzucił rodzinę, obciążając Eleonorę samotnym wychowaniem i wykształceniem dzieci. Matka zabrała je do Petersburga, gdzie Wacława przyjęto do Carskiej Szkoły Teatralnej. Ukończył ją po siedmiu latach i wkrótce stał się gwiazdą baletu Teatru Maryjskiego. To głównie zadecydowało, że do dziś w literaturze przedmiotu i encyklopediach całego świata nazywa się Niżyńskiego artystą rosyjskim, czasem dodając tylko, że polskiego pochodzenia.

 

Przed kilkunastu laty spróbowaliśmy tę sprawę skorygować, jako że w czasach kariery Niżyńskiego na mapie Europy Polska nie istniała. W gronie walczących o jego polskość znalazł się Jan Vincent Czak, działający głównie na forum międzynarodowym, ówczesny dyrektor Pagartu Włodzimierz Sandecki, my z Pawłem Chynowskim w imieniu warszawskiego Teatru Wielkiego i... ksiądz kardynał Józef Glemp, który przyjął nas na uroczystym śniadaniu, wysłuchał, po czym zezwolił na wmurowanie stosownej tablicy w Kościele pw. św. Krzyża, tam gdzie serce Chopina. Obok Hotelu Victoria powstał Pasaż Wacława Niżyńskiego, przy którym przystaje zawsze z wdzięcznością i nabożeństwem największy żyjący choreograf mający także polskie korzenie John Neumeier – gdy tylko odwiedza Warszawę.

 

Przypomnienie polskości Niżyńskiego jest piękną cechą współczesnych naszych choreografów, tworzących balet inspirowany Bogiem Tańca. Myślę tu m.in. o Wesołowskim, Wycichowskiej, Pastorze i Żymełce, wspominając również ciepło reżyserów Zawodzińskiego i Zalewskiego, u których odtwarzając postać Niżyńskiego, świetne kreacje stworzyli Kamil Maćkowiak i Krzysztof Kolberger.

                                                                          Sławomir Pietras