W gronach polskich melomanów od pokoleń trwa spór o najwybitniejszych naszych kompozytorów. Najczęściej wymieniane są oczywiście nazwiska Fryderyka Chopina, Stanisława Moniuszki i Karola Szymanowskiego. Ale muzykolodzy coraz częściej pomijają Moniuszkę używając argumentów, po uświadomieniu sobie których, rumienię się ze wstydu.
Że niby w swych dziełach autor Halki i Strasznego dworu był za mało nowoczesny i postępowy, a w tematyce religijnej i patriotycznej rzadko wychodził poza sprawy polskie, komponując kolejne opery, operetki i komedie muzyczne, a setkami pieśni trafiając pod strzechy. Zjednywał tym sobie wprawdzie współbraci, ale zaniedbywał karierę światową. Nie czynił tego natomiast Chopin, jakże często wplatając do swych utworów motywy polskie, dzięki czemu stał się niepodważalnym symbolem polskiej kultury.
Podobnie czynił Karol Szymanowski, tworzący w pierwszej połowie ubiegłego stulecia, ale stylistyką nawiązujący do twórczych trendów w muzyce europejskiej. Kompozytor wybitny, otaczający się postaciami mającymi wpływ na promocję jego muzyki i często obecny w dużych centrach artystycznych, takich jak Wiedeń, Paryż, Petersburg, Moskwa, Londyn, czy Nowy Jork. Dysponował przy tym licznymi zaletami towarzyskimi, kontaktami w różnych środowiskach i tzw. urokiem osobistym. Posiadał grupę przyjaciół, która na czele z dyrygentem Grzegorzem Fitelbergiem, księciem Władysławem Lubomirskim (sponsorem), Pawłem Kochańskim (wybitnym skrzypkiem) i jego żoną Zofią (dozgonną przyjaciółką), Stefanem Spiessem (towarzyszem wielu podróży), a zwłaszcza kuzynem Jarosławem Iwaszkiewiczem, który przeżył i upamiętnił Kompozytora, otwierając tym samym długą listę entuzjastów, biografów i badaczy twórczości Karola Szymanowskiego. Widnieją na niej nazwiska tak wybitnych postaci polskiej kultury, jak Zdzisław Jakimecki, czy Adolf Chybiński, a z wirtuozów o karierach światowych pianista Artur Rubinstein i skrzypek Bronisław Huberman.
Również w naszych czasach, czyli na przełomie XX i XXI wieku, liczba entuzjastów, komentatorów i propagatorów twórczości Karola Szymanowskiego jest wcale pokaźna, począwszy od pamiętających czasy przedwojenne Leonii Gradstein (sekretarki i opiekunki Kompozytora) oraz zauroczonego nim od młodości Jerzego Waldorffa, aż po szereg pokoleń roczników powojennych.
Wśród tych ostatnich znalazło się nazwisko Danuty Gwizdalanki, poznańskiej muzykolog, którą pamiętam jeszcze z ekipy Pro Sinfoniki Alojzego Andrzeja Łuczaka, obecnie żony wybitnego kompozytora Krzysztofa Meyera. Przed kilkoma miesiącami zdziwiony i zaskoczony nabyłem zapewne dzieło jej życia, liczące aż 850 stron, zatytułowane Uwodziciel. Rzecz o Karolu Szymanowskim. Dopiero jednak teraz znalazłem czas, aby to wszystko dokładnie przeczytać.
Zdziwiony, bo dotychczasowe piśmiennictwo poświęcone Szymanowskiemu jest nader obszerne i trudno było spodziewać się nowych faktów, przemyśleń, czy odkryć. Zaskoczony, bo obszerny tok wywodów, opis zdarzeń z życia rodzinnego, relacji z przyjaciółmi, wreszcie problemów intymnych, licznych podróży, okresów przemieszkiwania w Warszawie i Zakopanem, komponowania muzyki i wczesnego zmagania się ze zdrowiem, wszystko to Danuta Gwizdalanka opisała z talentem, fantazją, a jednocześnie z dyscypliną faktów.
Każdy, kto przebrnie przez te 850 stron (a nie powinno to być trudne dzięki talentowi i kompetencji autorki) zgodzi się ze mną, że zawarte w tytule słowo „Uwodziciel” jest zupełnie nowym określeniem w naszej dotychczasowej wiedzy o Karolu Szymanowskim. Uzasadniając je Gwizdalanka posłużyła się śmiałym przytaczaniem nieznanych, lub mało znanych faktów i zdarzeń z życia Kompozytora, opisując – co by nie powiedzieć – nie najbardziej chwalebne „przymioty” Szymanowskiego, takie jak rozrzutność, częste zaciąganie długów, życie na koszt sponsorów, poligamiczne flirty i ciągłe narzekania, że jest się niedocenianym.
Reasumując, mamy do czynienia z pasjonującą, chociaż rozwlekłą, ale nienudną lekturą, gdzie Danuta Gwizdalanka próbuje udowodnić, że Karol Szymanowski był nie tylko wybitnym kompozytorem, ale równie interesującym i wszechstronnym uwodzicielem. Czy jej się to udało, niechże przekonają się czytelnicy, którzy uwierzą mi, że warto przeczytać te 850 stron!
Jeśli chodzi o mnie, ciągle się waham, pozostając jednak pod urokiem tylko z pozoru tej muzykologicznej opowieści.
Sławomir Pietras