Poczytajmy co pisze Gniewomir Zajączkowski

Opublikowano: poniedziałek, 23, marzec 2026 06:39
Pietras Sławomir

Ponieważ okoliczności osobiste uniemożliwiły mi obejrzenie premiery Kobiety bez cienia Ryszarda Straussa w Operze Narodowej, pewna zaprzyjaźniona postać (nie powiem kto!) podsunęła mi do przeczytania recenzję Gniewomira Zajączkowskiego w tygodniku „Kultura Literacka” pod takim oto, ekscentrycznym tytułem: „Tego wycia trudno było słuchać!”.

 

Zacytuję nieliczne tylko wyimki z tego zdumiewającego tekstu autora, który ponoć już od 10 lat zajmuje się komentowaniem wydarzeń muzycznych i operowych, choć ja dotąd nie miałem o tym pojęcia. Oto co pisze po obejrzeniu spektaklu w dniu 15 lutego br.:

 

„Kobieta bez cienia Ryszarda Straussa to dzieło obarczone dużym ryzykiem niepowodzenia zarówno w warstwie muzycznej, jak i inscenizacyjnej. W Teatrze Wielkim – Operze Narodowej … zabrakło świadomości tego wyzwania. Nową inscenizację… wyreżyserował Mariusz Treliński. Reżyser podszedł do tego przeładowanego symbolami tekstu w sposób nie zdradzający wyczucia dramaturgicznego ani znajomości dzieła… Od wielu lat rzuca się w oczy, że odkąd Treliński zakończył współpracę z choreografem Emilem Wesołowskim, reżyseria postaci szwankuje zarówno w zbliżeniu, jak i w szerokim kadrze. Zaś śpiewacy zdają się rzadko wiedzieć, po co są na scenie. Chciałbym jednak powiedzieć, że Kobieta bez cienia w reżyserii Trelińskiego nie jest spektaklem szczególnie złym. Zdarzały mu się gorsze. Problem w tym, że jest spektaklem dojmująco nijakim”. 

 

Tutaj następuje krytyka „głupiego” dopisywania „muzyczki” do partytury straussowskiej oraz umieszczonej na obrotówce scenografii „wyglądającej na twórczą interpretację Elektrowni Powiśle (sic!)… Owa muzyczka oczywiście leciała z nagrania (sic!), byli więc panowie od nagłośnienia. Pozwolono się im wykazać, więc całego spektaklu wysłuchaliśmy przez głośniki. Zupełnie jak w kinie albo na stadionie, lecz zupełnie nie jak w teatrze operowym”.

 

Jeszcze bardziej dostało się Izabeli Kłosińskiej, która „po skończonej karierze zamiast odejść na emeryturę, załatwiła sobie w 2015 roku posadkę dyrektorki ds. obsad … Przewiną Kłosińskiej jest nie tylko brak pojęcia o dziele, do którego robi obsadę, co w gruncie rzeczy na tym stanowisku jest niewybaczalne, lecz także brak kompetencji do oceny stanu głosu, więc i przydatności poszczególnych śpiewaków”. 


I tu następuje wyliczanie szeregu „błędów obsadowych”, a więc „niewiele dobrego śpiewania”, a zwłaszcza poziomu gry orkiestry. „Zespół, który jeszcze kilka lat temu w poszczególnych sekcjach brzmiał lepiej niż Orkiestra Filharmonii Narodowej, dzisiaj jest w ruinie”.

 

Zadumałem się i zasmuciłem po przeczytaniu tego wszystkiego. Wystukawszy hasło „Gniewomir Zajączkowski” zapoznałem się z kilkoma innymi recenzjami tego autora. Wszystkie profesjonalne, konkretne, pełne fachowej wiedzy, odważnego głoszenia ocen i wszechstronnej orientacji w sytuacji sztuki operowej w Europie i Ameryce. Po obejrzeniu – na przykład w Hamburgu – lutowej premiery Raju potworów Olgi Neuwirth (muzyka) i Elfride Jelinek (libretto) napisał: „Wbrew temu, co sugerują niezainteresowani sztuką różnej maści filistrzy lub ignoranci, domniemany generalny kryzys teatru operowego jest ich fantazją”. Albo niezwykle cenne refleksje na kanwie grudniowej premiery Salome w berlińskiej Operze Komicznej, czy odważne poglądy zawarte w artykule Carmen i Chagall, czyli demontaż mitu Metropolitan Opera. Zajączkowski twierdzi, że „śpiewanie w MET coraz mniej znaczy”… Wręcz można podejrzewać, że jeśli ktoś za dużo tam śpiewał, to ma głos zniszczony, bo tu prawie wszystko śpiewa się forte, choć wbrew pozorom nie trzeba… MET zmaga się z problemami finansowymi… Przecież obecność inscenizacji Mariusza Trelińskiego w MET to nie wyraz doceniania reżysera (choć obie strony tak utrzymują), tylko zwyczajna przedsiębiorcza oszczędność ze strony instytucji… sporą część kosztów produkcji ponosi ktoś inny. A tak właśnie wyglądała współpraca MET z Teatrem Wielkim – Operą Narodową.

 

Z tego co się zorientowałem w ostatnich tygodniach Gniewomir Zajączkowski pisał jeszcze o Borysie Godunowie w Operze Frankfurckiej, Parsifalu w San Francisco, Tristanie i Izoldzie oraz Śpiewakach norymberskich w Bayreuth. 

 

Jeśli informacje i poglądy tego nie znanego mi dotąd krytyka zwróciły moją uwagę, zainteresowały szerokością spojrzenia na to, co dzieje się w teatrach operowych oraz wzbudziły podziw i szacunek odwagą i trafnością spostrzeżeń, to wystarczy mi, aby polecić te teksty uwadze moich czytelników. Warto poczytać…

                                                                   Sławomir Pietras