Nędzyński, odczep się ode mnie

Opublikowano: poniedziałek, 02, marzec 2026 06:19
Pietras Sławomir

Właściwie w ten sposób powinienem skomentować zamieszczony na łamach Fundacji Orfeo elaborat tego czciciela „pięknego czasu dyrekcji Renaty Borowskiej-Juszczyńskiej w Teatrze Wielkim w Poznaniu”. Nędzyński uważa, że ma ona „jednego wyjątkowo zaciętego, a do tego wpływowego wroga. To Sławomir Pietras. Jego bronią są cotygodniowe felietony w Angorze. A pióro ma znakomite i zazwyczaj pisze barwnie oraz ze swadą”. 

 

Trzeba było dodać, że robię to od kilkudziesięciu już lat, nie opuszczając ani tygodnia. W międzyczasie pokierowałem kilkoma teatrami, zrealizowałem ponad 300 produkcji operowych i baletowych, zorganizowałem i przeprowadziłem kilkadziesiąt zagranicznych tournée moich zespołów, wykreowałem i zaprogramowałem szereg festiwali, wydałem sześć opasłych książek (następne są na ukończeniu), a od 20 lat w ramach Agencji Grand Tour wywożę grupy najlepszych polskich melomanów do najciekawszych teatrów operowych świata, gdzie oglądamy repertuar, dyskutujemy i spotykamy się z wybitnymi twórcami i wykonawcami. Takich wyjazdów odbyło się już prawie 200. Jest to mój bagaż wiedzy i doświadczeń, którymi dzielę się, od lat patrząc z przerażeniem, co dzieje się w moim ukochanym Gmachu pod Pegazem.

 

Próby porównywania tego nikiforyzmu i bałaganu z tym, co ma miejsce w Salzburgu, gdzie Nędzyński bywa podobno corocznie od dziecka, uważam za nadużycie. Podobnie, jak nagrody typu „Dzieło Odkryte na Nowo”, czy prezentacje na platformie Opera Vision, z których ostatnio upiorna Hrabina przyniosła o wiele więcej wstydu, niż chwały. A już wręcz kuriozalnie zabrzmiało twierdzenie, że „ten rodzaj teatru operowego… to dokładnie to, co pokazuje się w Salzburgu, a więc i na całym świecie”. Osobiście wątpię, zarówno jeśli chodzi o Salzburg, o którym Nędzyński ględzi długo i niemiłosiernie, jak i sytuację „na całym świecie”, gdzie po prostu nigdy nie był!

 

W potoku przytaczania moich grzechów znalazły się zarzuty o „atakowaniu bez pamięci takich sław, jak nieżyjące już Marię Fołtyn i Ewę Podleś… Mariusza Trelińskiego… Ewę Michnik… czy Ewę Wycichowską”. Owszem, czepianie się Marii Fołtyn zawsze było moim ulubionym zajęciem. Ewę Podleś przestałem cenić, gdy poszła skarżyć się Ministrowi, że trzeba mnie wyrzucić. Krytykowanie Trelińskiego, to mój wręcz moralny obowiązek. Wystarczy zobaczyć większość jego przedstawień, lub posłuchać, co od lat opowiada! A co do „zaczepiania” Ewy Michnik czy Ewy Wycichowskiej, to nic bardziej mylnego. Gdzie mogę, podkreślam mój szacunek do osiągnięć w kierowaniu teatrami operowymi tej dyrekcyjnej koleżanki. A jeśli chodzi o Wycichowską, to po prostu pękam ze śmiechu, gdy wypowiada się o tańcu z pozycji profesora doktora habilitowanego sztuki baletowej.


 

Teraz przybywa mi kolejna postać, mogąca być bohaterem rozważań w cotygodniowych felietonach w Angorze. Ale nie będzie. W swej długoletniej odysei operowej był zawsze postacią nudną i bezbarwną. Nieboszczyk Boguś Kaczyński komentując jego pokaźny zbiór operowych nagrań mawiał, że „Nędzyński żyje z dziurką od płyty!” Jego telewizyjny program „Wokół Wielkiej Sceny” wiał stagnacją i beztalenciem, toteż wypierany na wizji nie mógł konkurować z gwiazdorskimi poczynaniami Kaczyńskiego. 

 

Ukrywając chorobliwość ambicji, a jednocześnie piramidalną niekompetencję „pięknych czasów dyrekcji Renaty Borowskiej-Juszczyńskiej” mój niegdysiejszy kolega ze studiów (twierdzi, że młodszy, ale z wyglądu bardzo już zwiędły i sędziwy), obsypał mnie inwektywami, że zmyślam anegdoty, mam język „wężowo giętki”, jestem „mini Machiavellim opery” oraz „intrygantem pierwszej wody”, z wiedzą o operze „szeroką, ale powierzchowną”, takim Matuzalemem opery w Polsce, chcącym uchodzić za jej papieża. Ale tak naprawdę – dodał – „jest tylko bajarzem ludowym, który akurat zajął się operą”. 

 

W tej powodzi inwektyw znalazło się też takie oto zdanie: „Pietras po prostu wystawia cenzurki, nie troszcząc się o choćby jedno zdanie uzasadnienia”. A więc – proszę bardzo – oto one: „Piękny czas dyrekcji … Borowskiej… w Teatrze wielkim w Poznaniu” jest elaboratem napisanym na zamówienie zainteresowanej przez zdziwaczałego, zramolałego i coraz bardziej kuriozalnego admiratora ostatniej bodaj operowej funkcjonariuszki, pamiętającej jeszcze o jego istnieniu. Zawiera twierdzenia dokładnie odwrotne od tych, które nakazują mi domagać się zakończenia tego koszmarnego czasu, jakim jest obecna dyrekcja Opery w Poznaniu.

 

Publikacja tego tekstu na łamach Fundacji im. Bogusława Kaczyńskiego ORFEO jest rodzajem porachunku ze mną przewodniczącego Rady Fundacji. Mam bowiem wątpliwość, czy idee i majątek pozostawione przez mojego zmarłego przyjaciela trafiły we właściwe ręce.

 

Natomiast, jeśli chodzi o przytoczone powyżej ataki, odpowiadam: – jak w tytule! 

 

                                                                                           Sławomir Pietras