Czarne owce dla… Waldorffa!

Opublikowano: poniedziałek, 23, luty 2026 06:52
Pietras Sławomir

W okresie niewydolności zdrowotnej zdarza mi się wracać do od dawna nie pamiętanych lektur, a nawet odkrywać w zabałaganionej domowej bibliotece zapomniane, nie przeczytane, lub tylko przewertowane tomy. Tak było ostatnio z opowiadaniem Jerzego Waldorffa Wiewiórka, które zamieszczone w tygodniku „Świat” gdzieś w latach sześćdziesiątych, potem znalazło się w którymś zbiorze prac literackich autora, chcącego tym potwierdzić, że jest nie tylko krytykiem, a zwłaszcza wybornym felietonistą, ale również niemałym talentem pisarskim, rozdrobnionym na bieżącą publicystykę i opóźniającym swe poważne debiuty.

 

Tak też było z tą Wiewiórką, którą chciałem sobie przypomnieć w ponurych dniach zdrowotnej słabości. Ale zamiast tego wpadł mi w ręce zbiór esejów Czarne owce dla Apolla, ale nie znalazłem tam Wiewiórki, którą uważam za najlepszy utwór literacki mojego muzycznego Cycerone. Pośród dziewięciu w większości pozamuzycznych i trochę nudnawych esejów, postanowiłem przeczytać ponownie tytułowe Czarne owce, z takim oto znalezionym tam wyjaśnieniem: 

 

„Starogrecki mit… powiada, że znano takie ubocze Tesalii, gdzie Apollu – przywódcy Muz artyści składali w ofierze białe owce. Tylko poeci całopalić musieli czarne owce dla Apolla, jako symbol ciężkiego grzechu i skruchy, że ośmielają się posługiwać mową bogów: Okresy picia w życiu Gałczyńskiego, koszmarne dni i straszne noce, to były jego czarne owce, którymi płacił za poezję”. 

 

W ten sposób Jerzy Waldorff przypomniał swe liczne związki z Konstantym Ildefonsem Gałczyńskim zadzierzgnięte jeszcze przed wojną. Wtedy to jako początkujący publicysta i adwokacki aplikant włóczył się za niezmiennie rozpitym, ale wspaniałym poetą, zachwycając się jego wierszami. Wkrótce zyskał sympatię Natalii, mądrej i urodziwej żony poety, z trudem ale skutecznie cementującej życie rodzinne, twórczość męża i pielęgnowanie uroczej córeczki Kiry. Były to lata związków Gałczyńskiego z „Prosto z Mostu”, kręgu Piaseckiego i Grydzewskiego oraz niedocenianie młodego poety przez tuzów ze „Skamandra”, na czele z Antonim Słonimskim.

 

Wkrótce wybuchła wojna, niewola w obozie hitlerowskim w Altengrabow i błagalne, a zarazem dziękczynne listy do Waldorffa, opiekującego się w Warszawie rodziną Konstantego. Z tego okresu pochodzą obficie cytowane w Czarnych owcach listy poety do młodszego przyjaciela i admiratora, nazywanego bratem oraz wielokrotnie wyrażającym wdzięczność za to jedno tylko zdanie: „Bądź spokojny o Natalię i Kirę”. 


Po wyzwoleniu Natalia ze swoją Matką i kilkuletnią córeczką znalazły się w Krakowie. Tam wkrótce zjawił się również Waldorff, zaangażowany do „Przekroju” przez Mariana Eile. Rozpoczęły się żmudne, wspólne poszukiwania poety z pełną wiarą, że jednak przeżył wojnę. Wreszcie powrót Konstantego, natychmiastowa współpraca z „Przekrojem”, pierwsza Zielona gęś i Listy z fiołkiem oraz kabaret Siedem kotów. W ten sposób błyskawicznie rosła popularność poety, jak również powojenny materialny status rodziny. Niestety coraz częściej towarzyszyły temu przejawy dotkliwego, widocznego i niepohamowanego pijaństwa.

 

Już do końca życia towarzyszyły one jego poetyckiemu geniuszowi. W międzyczasie był jeszcze krótki exodus do Szczecina, procesy „inkwizycyjne” w Związku Literatów (czasy stalinowskie), wreszcie skazanie na milczenie, zakaz publikacji, ratowanie psychiki przebywaniem w mazurskiej leśniczówce Pranie, aż wreszcie zbawienne zachowanie Putramenta, zdejmujące z Gałczyńskiego komunistyczną infamię. Będąc osobą na wskroś autorytatywną Putrament złożył publiczne oświadczenie następującej treści: „Cokolwiek można zarzucić Konstantemu Ildefonsowi Gałczyńskiemu, jest on jak legendarny król Midas: każdy wzięty do rąk temat przemienia w czyste złoto poezji!”

 

Wszystkiemu temu pilnie przyglądał się z bliska Jerzy Waldorff, aby później opisać to w tomie esejów, podejmującym próbę jego twórczości literackiej niezwiązanej bezpośrednio z muzyką. Czytając te pozamuzyczne teksty, a zwłaszcza nowelę Wiewiórka, niektóre opowiadania i wspomnienia, wreszcie autobiograficzną powieść Fidrek odnosi się wrażenie, że On zaniedbując twórczość literacką na rzecz publicystyki muzycznej spłacał „Czarnymi owcami”; tak jak Gałczyński płacił to za poezję – swój dług wobec zaniedbanej prozy.

 

Czy nie jest to powód, aby wracać do postaci najwybitniejszego polskiego pisarza muzycznego ubiegłego stulecia? Czy przy okazji porządków bibliotecznych nie okaże się pożądanym i pożytecznym przypomnienie jego dawno nie wspominanych związków z największym naszym współczesnym poetą.

 

Temu powinien również służyć Festiwal Waldorffowski, o który domagam się od pewnego czasu na jego rodzinnej Ziemi Wielkopolskiej, a nie mam już sił i środków, aby go samodzielnie zrealizować.

                                                                   Sławomir Pietras