Aby uciąć wszelkie plotki uczciwie wyznam, że zebranie różnorodnych wypowiedzi i opinii tego niezwykłego pisarza zawarte w jego Dzienniku zawierającym blisko 2000 stron było możliwe dzięki temu, że ordynator szpitala MSW w Poznaniu wybitny urolog Tomasz Deja wraz ze swym zespołem młodych świetnie funkcjonujących lekarzy, wypuścił mnie na chwilę ze swych objęć i oddał na kilka zabiegów do poznańskiego Szpitala im. Św. Jana Pawła II w ręce Pani Ordynator Elżbiety Wójcik, słynącej z profesjonalizmu i urody oraz młodej pani dr Agnieszki Wojak, pełnej uroku i zaangażowania.
Piszę o tym w nadziei na szybkie dojście do zdrowia, ale również okazję i czas na grzebanie w lechoniowych wyznaniach, które – jak wynika z otrzymanych opinii czytelników – wzbudziły zainteresowanie, więc kolejną ich porcję przytaczam poniżej:
„Rozmowy (przy lodówce w kuchni) z Arturem Millerem (niegdyś świetny prokurator w Polsce) o wybuchu wojny 10 lat temu… Miller był razem z nieszczęsnym Boyem w czasie jakiegoś bombardowania i twierdzi, że Tadeusz zachowywał się z wielką odwagą. Jego śmierć naprawdę męczeńska w Oświęcimiu rozgrzeszyła go z żałosnej kolaboracji literackiej z bolszewikami – ale znając go wiedziałem, że dotknięty był prawie paranoidalną nerwową obawą, z góry więc uważałem za prawdopodobne, że może się załamać poniżej swego prawdziwego charakteru. Dlatego to co Miller opowiadał, było dla mnie rewelacją i dowodem, że mimo woli krzywdziłem Boya. Robiąc teraz ciągłe obrachunki z przeszłością – doszedłem do wniosku, że był on jednym z pisarzy i ludzi którzy najbardziej zaważyli na moim rozwoju”. (wrzesień 1949).
„Znalazłem stary, z przed dziesięciu lat program Baletu Polskiego, który był moim pomysłem i który bez mego maniackiego uporu nie byłby powstał. Kiedy dostałem tej manii – nie było ani tancerzy, ani baletów, ani baletmistrza, ani pieniędzy. Była tylko karteczka, na której naskrobałem piękny projekt z dość dowolnie zestawionymi cyframi. Ta karteczka sprawiła, że po pół roku przyjechało do Paryża około czterdziestu tancerzy, powrócona polskiej sztuce Niżyńska, pięć nowych baletów, tzn. nowych partytur i dekoracji – słowem Balet Polski, jak różczką tak tą karteczką wywołani z nicości… Jeżeli coś udało mi się w życiu zrobić – co nie powstałoby bez poetyckiej fantazji, jeżeli kiedyś miałem uczucie w życiu tworzenia tak jak w poezji – to było to wtedy, gdy mój pomysł Baletu z niepraktycznego urojenia zamienił się w olśniewające widowisko, które zdobyło Paryż.
Na zawsze i ustawicznie będę się też tym chwalił, że Niżyńska, która uważała, że nie ma wśród Polaków żadnego towarzystwa do rozmów o jej sztuce, skwapliwie i jakby nie miała swych sławnych nerwów – mówiła o niej ze mną. Później przyszli Wójcikowski i Ciepliński, nowe balety, z młodych Gliszczanka i Kiliński, rosły gwiazdy, wszystko okazało się rzeczą żywą, potrzebną, pełną przyszłości. Gdyby ten Balet nie wrócił do Polski na parę tygodni przed wojną – byłby zrobił dla nas tutaj i w całym świecie wielkie rzeczy. Ale wrócił i nie ma z niego śladu”. (październik 1949).
„Kiedyś w antrakcie w Operze w Paryżu przechodziliśmy z Karolem Szymanowskim pod lożą Misi, która chcąc właściwie określić swoje wrażenia z widzianego właśnie baletu, a nie być zrozumianą przez sąsiadów, zawołała do nas głośno „Straszne gówno”. Na co zabrzmiał śmiech w jednej z sąsiednich lóż. Siedział tam wielki książę Andrzej i jego żona Matylda Krzesińska”. (czerwiec 1950).
„24 października 1904, akurat w 60 rocznicę urodzin Sary Bernhardt jej teatr w Paryżu grał przeróbkę z Ogniem i mieczem pt. Par le Fer et par le Feu. Był to prezent urodzinowy syna Sary, Maurice Bernhardta, który napisał tych pięć aktów (myślę, że pod wpływem swej żony Polki, Terki Jabłonowskiej)… Sztuka szła 73 razy – co było wtedy wcale nieźle”. (grudzień 1949).
„(…) Idiotka Nałkowska dała swej głupiej powieści o mordercach i samobójcach wynalazczy tytuł Niecierpliwi. Owe niecierpliwości – owe „musy” – to właśnie przykład każdej zbrodni. Nie trzeba być marksistą, żeby zauważyć, że przyzwyczajenie do zbytku kiedy nie ma na to pieniędzy, prowadzi do zbrodni. Żeromski, kiedy Nałkowska wydała swój Dom nad łąkami, powiedział mi: „W każdej kamienicy jest paru ludzi, którzy mogliby to napisać”. Borowski skarży się w swym Dzienniku, że są ludzie, którzy uważają Nałkowską za osobę inteligentną. Mimo tych opinii ten ordynarny i zarazem pretensjonalny babski dorobkiewicz, w pewnej chwili zasiadł w pierwszym rzędzie literatury, wybrany został do Akademii i wreszcie stał się przodownikiem literackiej zdrady. Wszystko dlatego, że Żeromski był za wielki aby tę babę zmiażdżyć jednym słowem w druku. I tak u nas robi się sławy, wielkości i zapomnienia”. (styczeń 1950).
Sławomir Pietras