Trzeba snuć wspomnienia, póki my żyjemy…

Opublikowano: poniedziałek, 08, grudzień 2025 06:25
Pietras Sławomir

Teatralne jubileusze stanowią szczególne okazje do snucia wspomnień. Przed laty dzięki nim zetknąłem się z tak dawnymi postaciami polskiego teatru operowego jak Wanda Wermińska, Barbara Kostrzewska, Zygmunt Latoszewski, Jadwiga Fontanówna, Lesław Finze, Wiktoria Calma, Antoni Majak, Jadwiga Lachetówna, Karol Urbanowicz, czy Olga Didur. Z niektórymi z nich współpracowałem, do innych zakradałem się, aby zdobyć zaufanie, ale wszystkich pilnie słuchałem, gdy tylko zechcieli wspominać.

 

Tak więc moje elementy wiedzy o przeszłości teatrów operowych przy których się wychowałem przesunęły się do przed wojny, a dzięki wdzięcznej pamięci moich mentorów sięgnęły aż przełomu ubiegłych stuleci. Były to relacje bezpośrednie, pełne barwnych epizodów i szczegółów, referowane z autopsji, a więc bezcenne. Żyłem z nimi w swej pracy teatralnej przekonany, że to one właśnie dodają mi do działania skrzydeł, pod którymi wyrosłem na operowego dyrektora, mając za patrona sztukę liryczną takich mistrzów jak Kawecka, Paprocki, Stokowacka, Hiolski, Szostek-Radkowa, Ładysz, czy nawet Fołtyn.

 

Taki punkt widzenia stanowi cenną przesłankę do rozpamiętywania i studiowania operowej tradycji, bez której niemożliwa jest teraźniejszość i przyszłość tej dziedziny sztuki repertuarowo zapatrzonej wstecz i jakże ostrożną, jeśli chodzi o współczesność, postępowość i jakiekolwiek nowe trendy.

 

Toteż zdumiało mnie, zaskoczyło, ale i olśniło wyznanie dyrektora Opery Śląskiej Łukasza Goika, który na bazie roku jubileuszu 80-lecia swego Teatru wyznał mi, że zamierza napisać książkę o Operze Śląskiej, w której się urodził, wychował, wykształcił, przeszedł szereg szczebli pracy teatralnej i wreszcie został jej dyrektorem, z powodzeniem pokonując szereg wyzwań i trudności z tym związanych.

 

Moje zaskoczenie wynikało z propozycji, abym dla potrzeb tego przedsięwzięcia uruchomił bogaty arsenał swych wspomnień, jako że stałem się obecnie bodaj jedynym świadkiem pamiętającym początki Opery Śląskiej, jej pierwsze sezony, repertuar i jego legendarnych wykonawców, którzy o tym wszystkim dodatkowo barwnie mi opowiadali.


Mój Boże! Zawsze byłem najmłodszy… Jako widz na kolanach Rodziców, wagarowicz na jaskółce w latach szkolnych, dwudziestokilkuletni asystent dyrektora, a zaraz potem przez ponad 40 sezonów samodzielny dyrektor kolejnych teatrów operowych, wreszcie jeden z najmłodszych wśród kolegów zakładających Stowarzyszenie Dyrektorów. Aż tu teraz najstarszy, pamiętający, wspominający i przekazujący pamięć o czasach, ludziach i zdarzeniach, które zbudowały zręby naszej operowej współczesności.

 

Zgodziłem się… niech Łukasz Goik napisze swoją książkę! Ja będę opowiadał, wspominał, komentował i ubarwiał swą operową wyobraźnią pierwsze bytomskie dziesięciolecia, których byłem świadkiem, obserwując wszystko z optymalnego punktu widzenia, czyli siedzenia na widowni. Skoncentruję się – o czym jeszcze Łukasz Goik nie wie – na pierwszych trzydziestu sezonach, bo następne przyszły autor zna już z autopsji i z powodzeniem obejdzie się bez moich komentarzy i ocen.

 

Do dziejów Opery Śląskiej wiele wniósł jej wieloletni kierownik literacki Tadeusz Kijonka. Pozostawił nam kolosalną pracę w dziedzinie faktografii, zbioru nazwisk i zdarzeń wręcz historycznych. Natomiast teraz postaram się namówić Łukasza Goika, aby wydobyć z niebytu wybitne inscenizacje, zwłaszcza z lat pięćdziesiątych, takich dzieł jak Dama pikowa, Rusałka (Dargomyżskiego), Fra Diavolo, Czarodziejski flet, Mądra, czy Krutniawa, jako przykłady oryginalnego i odważnego repertuaru, z którego słynęła wtedy Opera Śląska, a przede wszystkim bogactwa pozycji polskich, z Casanovą (1951), Zaczarowanym kołem (1955), Bolesławem Śmiałym (1957), Hagith (1962), Cyranem de Bergerac (1963) i Witem Stwoszem (1964).

 

Warto będzie zająć się też fenomenem repertuaru baletowego, takich spektakli jak Swantewid, Cagliostro w Warszawie, Złota kaczka, Błazen królewski, czy Prometeusz.

 

A jeśli dyr. Goik zgodzi się, aby te wspomnienia snuć na Sali Kameralnej im. Adama Didura z udziałem publiczności, to może znajdą się świadkowie tamtych zdarzeń, których wspomnienia jeszcze bardziej wzbogacą i tak już fascynującą historię Opery Śląskiej.

 

Spróbujmy nie bać się sięgać do przeszłości, aby umacniać otaczającą nas rzeczywistość, również w dziedzinie sztuki operowej, która, szczególnie repertuarowo swe najlepsze lata wydaje się – przynajmniej chwilowo – mieć już niestety poza sobą.

                                                                  Sławomir Pietras