Polsko-Chiński sojusz fortepianowy

Opublikowano: poniedziałek, 10, listopad 2025 06:20
Pietras Sławomir

W chwili, gdy zabieram się do przedstawienia refleksji związanych z zakończonym właśnie XIX Konkursem Chopinowskim uświadomiłem sobie, że mija dokładnie 50 lat od dnia, kiedy jego zwycięzcą został – podczas IX edycji – Krystian Zimerman.

 

Było to dokładnie 29 października 1975 roku „W momencie ogłoszenia werdyktu jury… tłum melomanów w jednej chwili sforsował zamknięte drzwi wahadłowe i zaczął podrzucać do góry zwycięzcę”… pisała rozentuzjazmowana prasa. Krystian miał wtedy zaledwie 18 lat, ale już od szóstego roku życia kształcił się w grze na fortepianie u prof. Andrzeja Jasińskiego i poza Grand Prix oraz Złotym Medalem, nagrodzony został za najlepsze wykonanie mazurków, poloneza i sonaty oraz otrzymał nagrodę główną (60.000 zł.), a poza tym trzy prywatne fundowane nagrody pieniężne na sumę 55.000 zł. Niezależnie od siedmiu nagród na łączną kwotę 21 tysięcy dolarów USA, o czym z podziwem i uznaniem pisał Jerzy Waldorff.

 

Od tego momentu potoczyła się wręcz fantastyczna kariera tego „białego anioła, który gra Chopina”, o czym czytaliśmy między innymi w prasie włoskiej. Była to kariera mądra, oszczędna w ilości wykonań, wybredna w przyjmowaniu propozycji z całego świata, poparta mistrzostwem interpretacji, odkrywczością repertuaru i niezmiennie zachwycająca publiczność.

 

Od pewnego czasu nie spotykamy go w Polsce. Nie teraz pora i miejsce, aby roztrząsać tego przyczyny. Ale nie powinniśmy nigdy przestawać brać poważnie, co o nas mówi to nasze dobro narodowe, po Chopinie najlepsza legitymacja polskiej pianistyki przed światem. Nie powinniśmy również ustawać w działaniach, aby Krystian Zimerman znowu zaczął pojawiać się wśród nas w swej Ojczyźnie honorowany, respektowany, zachęcany, a nie obrażany przez byle jakich pismaków.

 

A jeśli chodzi o zakończony właśnie Konkurs Chopinowski, to przy jego wręcz niebotycznym poziomie wirtuozowskim, wyśrubowanym głównie dzięki wieloosobowej ekipie chińskiej, snują się następujące refleksje: 

 

1. Ciągle nie rozwiązany jest problem jurorów, których studenci lub wychowankowie biorą udział w konkursie. Wprawdzie sędziowie ci nie punktują swych pupili, ale mogą przecież zaniżać punktację konkurentów. Poza tym praktyka ta budzi różnorakie podejrzenia i niedomówienia.


2. Co począć z pojawiającym się co 5 lat rozziewem między opiniami publiczności, a decyzjami Jury. Więcej, odważają się wypowiadać o tym również oficjalni eksperci, uznane autorytety i dotychczasowi laureaci. Nie chodzi o to abyśmy wszyscy mówili jednym głosem, ale aby nie zdarzały się takie różnice zdań, jak pomiędzy obecnym zwycięzcą Konkursu, a rewelacyjnymi Chinką i Japonką.

 

3. Po raz pierwszy zdarzyło się, że składowi sędziowskiemu przewodniczył nie Polak, ale zwycięzca Konkursu z roku 1970 – Amerykanin Garrick Ohlsson. Nie pytałem o to nikogo, ale jego opuszczenie Warszawy przed końcem Konkursu pod pretekstem zobowiązań koncertowych zakrawa na lekceważenie i skandal. Jakie to zobowiązania koncertowe były ważniejsze od kierowania pracami jury największego Konkursu Pianistycznego na świecie i czy nie należało tych zobowiązań po prostu odwołać?

 

4. Powinno się już teraz rozpocząć dyskusję na temat udziału polskich autorytetów w komisji konkursowej. Wiem, wiem, będzie zapewne tyle propozycji ile zabieranych głosów w tej sprawie. Ja rzucam skromnie następującą myśl: Może by tak kompletować przyszłe składy jurorów wyłącznie z autorytetów polskich? Skoro genialny Polak jest patronem i twórcą repertuaru konkursowych zmagań, wybitny Polak zainicjował ten wspaniały Turniej (prof. Żurawlew), najlepsi polscy pianiści w jego dziejach odegrali pierwszorzędną rolę (Małcurzyński, Czerny-Stefańska, Harasiewicz, Zimerman, Blechacz i jeszcze kilku innych), co 5 lat najwybitniejsi pianiści autorytety i entuzjaści Chopina zjeżdżają do Warszawy, aby czcić tego geniusza fortepianu, to jurorami niechby były wyłącznie autorytety polskie. Wcale ich nie brakuje, a dowodem na to są liczne talenty zagraniczne zjeżdżające na studia pianistyczne do Polski oraz szereg naszych pedagogów jeżdżących z kontraktami po świecie.

 

5. Osobnym problemem są polscy kandydaci. W tym roku było ich aż 13. Nie mnie ich oceniać. Na ogół podobali się wszyscy. Ale serce skradła mi pod każdym względem 17–letnia rewelacyjna Chinka Tianyao Lyu. Jestem dumny, że w dalszym ciągu będzie studiować w Poznaniu, a pani rektor Akademii Muzycznej Hanna Kostrzewska podjęła decyzję, że jako nasza stypendystka nie będzie za to płacić! 

 

Drżyjcie więc narody wobec naszego – zawartego w Poznaniu – Polsko-Chińskiego sojuszu w grze fortepianowej. A zwłaszcza niech wezmą to pod uwagę pełne pianistów pozostałe kraje azjatyckie, z którymi będziemy musieli sobie jakoś poradzić.

                                                                 Sławomir Pietras