Wykastrowana „Hrabina“ w Poznaniu

Opublikowano: poniedziałek, 27, październik 2025 06:32
Pietras Sławomir

W ciągu kilku ostatnich sezonów, tym tylko pozornie medycznym terminem wytrzebiono sens i przesłanie czołowych dzieł ojca polskiej opery narodowej Stanisława Moniuszki, patrona Teatru Wielkiego w Poznaniu. Była to Halka w reżyserii teatralnego oszołoma Pawła Passiniego, Straszny dwór pokiereszowany przez byłą chórzystkę z Wiednia w roli reżyserki i Paria, zagrana w czasie remontu Teatru w hali zwanej Areną, niczym nie przypominająca walki Braminów z Pariasami, jak chciał tego Kompozytor i jego librecista Jan Chęciński.

 

Oczywiście żadna z tych realizacji nie utrzymała się w repertuarze. A obecnie – także wykastrowana Hrabina – po czterech zaledwie wykonaniach w październiku, więcej nie zaistnieje do końca rozpoczętego właśnie sezonu. Do kastracji Hrabiny (z librettem Włodzimierza Wolskiego, tego samego co Halki ) zabrała się reżyserka Karolina Sofulak, mając do pomocy Dorotę Karolczak (dekoracje), Ilonę Binarsch (kostiumy) i Monikę Myśliwiec (która pomyliła choreografię z ruchem scenicznym). Zaczęło się od likwidacji dialogów mówionych twierdząc, że „wszystkie potrzebne informacje zawarte w dialogach jesteśmy w stanie zagrać innymi środkami”.

 

Otóż – nie! Grane i śpiewane bez połączenia z sobą kolejne numery muzyczne pozbawiły spektakl niezbędnej narracji, charakterystyki postaci, jakiejkolwiek logiki działania, powodując zamęt, bałagan i niezrozumienie czegokolwiek. Na przykład Hrabina śpiewa arię „Suknio, coś mnie tak ubrała”, a paraduje po scenie w… spodniach. W momencie, gdzie – według Wolskiego – Kazimierz niechcący nadepnął na tę suknię, Hrabina – według Sofulak – zostaje opryskana gaśnicą pianową, a na scenie ukazuje się kulfoniasta armata rodem spod obrony Częstochowy.

 

Ubrany nie wiedzieć czemu we wzorzysty szlafrok Chorąży śpiewa swą słynną piosnkę z refrenem „Ruszaj bracie, ruszaj w pole…” mierząc z flinty do Bogu ducha winnej Broni, a nie do Kazimierza. Wszystkie postacie solowe pozbawione zostały swego pierwotnego charakteru. Hrabina zanim cokolwiek zaśpiewa paraduje w męskim kostiumie myśliwskim, a Kazimierz nie jest wojskowym, tylko wyfraczonym fircykiem. Bronia nie kreuje zagubionej w salonie szlachcianki z prowincji, tylko bladą twarz twierdzącą, że jest zakochana w Kazimierzu, a postać Dzidziego nie podtrzymuje komizmu akcji, jak chciał librecista, nie mówiąc już o Podczaszycu, który pozbawiony tekstów mówionych nie może czymkolwiek rozbawić widowni.


Według libretta akcja rozgrywa się w czasach stanisławowskich i jest satyrą na modę francuską w kontekście tradycji szlacheckiej. Ale nie u pani Sofulak, która wymyśliła sobie podtytuł „Sen niepodległej Polski”, „Karuzelę historii”, „Trzy oniryczne odsłony Rzeczypospolitych”…, walkę o prawa kobiet (sic!) i tym podobne dyrdymały, niemające nic wspólnego ze zgrabną moniuszkowską komedią, utrzymaną w stylu singspielu i zabawnie piętnującą niektóre nasze cechy narodowe.

 

Ale nie u pani Sofulak, która naraziła poznańską Operę na kolejną moniuszkowską, tym razem również kosztowną wsypę, proponując kastrację Hrabiny, czemu powinna przeciwstawić się dyrektorka, ale się po prostu na tym nie zna! Nie pomoże tu organizowanie naprędce Festiwalu Moniuszki po tym, jak nie pamiętało się o obchodach 100. lecia Opery Polskiej w Poznaniu i teraz usiłuje się obchodzić 115. lecie twierdząc, że „Festiwal Moniuszki zrodził się z potrzeby pielęgnowania dorobku patrona Teatru Wielkiego”. To obłudne twierdzenie jest bardziej tragiczne niż Halka i Paria, a zarazem bardziej komiczne niż Straszny dwór i Hrabina.

 

Oglądałem drugie przedstawienie, po którym zaplanowano jeszcze dwa przed zdjęciem z afisza. Monstrualna, ciężka dekoracja, nieustannie wirująca po obrotowej scenie, mnóstwo pracochłonnych i kosztownych kostiumów, w których artyści chóru poruszali się przebrani – nie wiedzieć czemu – za transwestytów i nie wiadomo za co… W akcie II (Bal u Posejdona) orkiestra grała piękną i długą muzykę baletową, a chór odstawiał nudną pantomimę zastępując artystów baletu, którzy według intencji twórców powinni być atrakcją tego przedstawienia.

 

Wśród solistów zdecydowanie wyróżniam Małgorzatę Olejniczak-Worobiej w koloraturowej arii Panny Ewy, zaśpiewanej na poziomie światowym. Aleksandra Orłowska jest zapewne dobrą, liryczną, w dodatku urodziwą śpiewaczką, ale partia Hrabiny zdecydowanie przerasta możliwości jej głosu. Śpiewająca Bronię Magdalena Pluta posiada interesujący mezzosopran, ale postać która stworzyła nie ma nic wspólnego z intencjami kompozytora i librecisty. To samo można powiedzieć o wybitnym basie Wojciechu Gierlachu, którego rola Podczaszyca została tekstowo doszczętnie wykastrowana ze szkodą dla dzieła. Podobał mi się Łukasz Załęski jako Kazimierz i Rafał Korpik w roli Chorążego, a nie bardzo Rafał Żurek jako Dzidzi, tego dnia bez głosu, jeśli w ogóle go posiada.

 

Damskie grono realizatorek tej zawstydzającej kastracji uzupełniała dyrygentka Katarzyna Tomala-Jedynak do której nie mam zastrzeżeń zwłaszcza, że właśnie objęła stanowisko kierownika orkiestry.

                                                                      Sławomir Pietras