Nie należy ukrywać, czego się nie lubi…

Opublikowano: poniedziałek, 13, październik 2025 06:24
Pietras Sławomir

Z rzeczy drobnych i mało istotnych nie lubię na przykład gotowanej marchewki i kukurydzy w każdej postaci, picia z gwinta, wspólnego śpiewania i tańczenia na imprezach.

 

Tych dwóch ostatnich przypadłości nie uprawiam, ponieważ każde wspólne śpiewanie „sto lat”, „jak szybko mijają chwile”, czy „góralu, czy ci nie żal”, kończy się zbiorowym fałszem i kakofonią nawet, gdy czynimy to na trzeźwo. W zbiorowym śpiewaniu nie dorównujemy niestety wielu narodom w Europie i na świecie.

 

Natomiast od dzieciństwa do wczesnej młodości zatracałem się w tańcach towarzyskich na szkolnych potańcówkach, dancingach, weselach i u „cioci na imieninach”. Aż pewnego razu świeżo poznana dziewczyna zaproponowała: – Zatańcz ze mną, a będę wiedziała wszystko o tobie. Uczyniłem to, a ona wyliczyła po zakończeniu tańca szereg moich wad i niedoskonałości, a ani jednej zalety.

 

Zdecydowanie nie lubię deminutywów, a zwłaszcza zdrobniania imion typu Gosia, Kubuś, Sława, Seba, Zyga czy Tunio. Protestuję, widząc na widowni teatralnej osoby fotografujące się wzajemnie, pijące prosto z butelki, bawiące się komórkami, a na scenie przemawiających dyrektorów, którzy po premierze wychwalają kolejno gwiazdy spektaklu, epizodystów i statystów, a zaraz potem pracowników od zmieniania dekoracji, bileterki, bufetowe, a nawet księgowość i portierów.

 

Szczególnie nie do zniesienia są brawa, którymi artyści stojący na scenie podczas ukłonów obdarzają się wzajemnie, co zniechęca publiczność do dalszego klaskania. Jeśli już ktoś przemawia, nie powinien co chwilę składać oświadczenia typu „cieszę się!”, co nagminnie czynią prezydenci, ten były i ten obecny. Zaś przemawiając należałoby powstrzymać się od przedzielania poszczególnych fraz, a nawet słów samogłoskami typu a, y, e, o, co sugeruje utratę pamięci, albo konceptu.

 

Jako felietoniście obciążonemu długoletnią praktyką teatralną nie może ujść uwadze, że była dyrektorka teatru tańca, zamiast kontynuować swą „egzotyczną” działalność naukową w dziedzinie tańca, skrycie podburza tancerzy przeciwko swej następczyni, którą zresztą przed laty osobiście wypromowała. Stugębna plotka środowiskowa głosi, że czyni to, aby wsadzić w dyrektorskie miejsce niezbyt utalentowaną i rozgarniętą córeczkę.

 

Pełen obaw pozostaję o los nowego dyrektora Opery Narodowej, którego z jednej strony otacza wybitny poprzednik, a z drugiej reżyser, co wiele w tym Teatrze zniszczył, a niczego nie zbudował. Obaj będą funkcjonować na etatach doradców. Całe szczęście, że to zamożna instytucja.


O wiele mniej zamożny jest Teatr Wielki w Łodzi, którego dyrektor zapraszając mnie na spektakle każe płacić słoną cenę biletów wstępów mimo, że dyrektorowałem tam najdłużej ze wszystkich, muszę przyjechać w tę i z powrotem aż z Poznania i opisać to wszystko w Angorze mimo, że ostatnio grają w kółko Traviaty, Cyganerie, Fausty, Dziadki do orzechów i Toski. W okresach między tymi – pożal się Boże – premierami obecny dyrektor przegoniony niedawno kolejno z Białegostoku i Wrocławia zajmuje się prześladowaniem niektórych solistek, z których najwybitniejsza nawet w skali międzynarodowej Joanna Woś, po otrzymaniu propozycji epizodu kapłanki w Aidzie i Zofii w Halce, musiała schronić się w Filharmonii Łódzkiej, aby świętować swój jubileusz pracy artystycznej partią Roksany w Królu Rogerze. Patronat nad tą uroczystością objęły Marszałkini, Wojewodzina i łódzka Prezydentka, co nie zmienia sytuacji, w której Joanna Woś została potraktowana po 40. latach królowania w macierzystym Teatrze, jak … (pozwólcie, że tej frazy nie skończę!).

 

Upadek spowodowany niewłaściwym obsadzeniem stanowiska dyrektora Teatru Wielkiego w Łodzi konkuruje z taką samą sytuacją w Teatrze Wielkim w Poznaniu. Marszałek Wielkopolski ciągle bowiem zwleka z dymisją wybitnie niekompetentnej, acz uporczywie trzymającej się stołka dyrektorki, o czym wielokrotnie mówiliśmy i pisali. Załoga Teatru w sposób jednoznaczny wyprotestowała nieudacznicę, a związki teatralne domagają się – jak dotąd bezskutecznie – audytu finansowego i rozliczenia tej kuriozalnej dyrekcji. Ostatnio w gablotach, na ścianach i murach Gmachu pod Pegazem pojawiły się plakaty z napisami: „Komedia, tragedia, raczej dramat – Niezwłocznie potrzebujemy nowego dyrektora”.

 

Panie Marszałku, to już najwyższa pora, aby przerwać tę tragikomiczną farsę. Niestety towarzyszy jej tu i tam przeświadczenie o rzekomym pańskim tajemnym powiązaniu z tym dyrektorskim nieporozumieniem. Byłoby to niezłym motywem do libretta operowego (bardziej operetkowego!), ale nie do próby rozwiązania konfliktu bezprecedensowego w całej – przeszło stuletniej – historii Opery Poznańskiej.

 

Szczerze nie lubię tego, co wywołało, lub grozi wywołaniem kryzysu w polskich teatrach operowych. Do nich wszystkich dołożyłem niemałą cząstkę swej pracy, emocji, wysiłków i kompetencji, więc mnie to po prostu smuci.

                                                                   Sławomir Pietras