Okaleczona „Carmen” w Taorminie

Opublikowano: poniedziałek, 29, wrzesień 2025 06:48
Pietras Sławomir

Taormina to urocze starożytne miasteczko w górach nad Morzem Jońskim, oblewającym wschodnie brzegi Sycylii. Aby dotrzeć do wysoko położonego plenerowego Teatro Antico, trzeba dość wysoko zaparkować pojazd i jeszcze przez niemal godzinę wspinać się wąskimi uliczkami, pełnymi kolorowych stoisk, sklepów, kawiarni i różnych jarmarcznych atrakcji.

 

Tak właśnie uczyniła trzydziestoosobowa ekipa operowa Grand Touru, mając w swych szeregach eleganckie i strojne – mimo upałów – damy, wytwornych – aczkolwiek bez krawatów – gentlemanów, zjednoczonych ideą wspólnego przeżycia spektaklu opery Georga Bizeta Carmen w tej niezwykłej scenerii. Zapowiadał to barwny afisz, aczkolwiek zawierający tylko tytuł i nazwisko kompozytora, cenę 80 euro i drobnymi literkami, że organizatorem jest Sycylijski Festiwal Klasyczny (co to takiego?).

 

Usadzeni na Tribunettcie De, Filia R, Posto 51 w zawierającym kilka tysięcy miejsc amfiteatrze, z niepokojem zauważyliśmy, że przed niezwykle szeroką, ale mniej głęboką sceną ograniczoną antycznymi ruinami, brakuje operowego orkiestronu, w którym zwykle przed spektaklem kilkudziesięciu muzyków rozgrywa swe instrumenty, a nawet czasem słychać ćwiczone motywy oczekiwanego dzieła. Natomiast po środku sceny rozstawiono kilka stolików i kilkanaście krzeseł w nieładzie, a z lewej strony błyszczał koncertowy fortepian z rozłożonym skrzydłem, gotowy do koncertowania i akompaniowania.

 

Punktualnie o godz. 21 wyskoczył na scenę ubrany na czarno młodzieniec z plikiem nut pod pachą i wszystko się zaczęło. Już podczas granego wstępu do I aktu fortepian okazał się wyraźnie rozstrojony. Zaraz w pierwszej scenie zabrakło postaci porucznika Moralesa, lubianego przez publiczność chóru dzieci, a tłum pracownic fabryki cygar liczył zaledwie 6 kobiet odzianych w suknie raczej spacerowe, których nie zmieniły do końca spektaklu mimo, że w II akcie akcja rozgrywa się w tawernie Lilias Pastii, w III w górach, a w IV na corridzie. Natomiast chór męski złożony z żołnierzy, gapiów, przekupniów i kontrabandy składał się zaledwie tylko z czterech podstarzałych tenorów, bo widocznie na zatrudnienie basów nie wystarczyło już funduszy.

 

W dalszych, równie mocno okrojonych scenach zabrakło takich postaci jak Frasquita, Mercedes, Doncairo i Remendado, więc pominięto słynny kwintet z przemytnikami, a w tercetowej scenie wróżenia z kart, Carmen śpiewała sama.


Tych pominięć było o wiele więcej, liczonych przez nas skrupulatnie, jako że w polskiej ekipie prawie wszyscy znali Carmen na pamięć, a znajdujący się w naszym gronie łódzki tenor Krzysztof Dyttus i pianistka – korepetytorka prof. Ewa Szpakowska wręcz nieomylnie, bo oboje na próbach interpretowali ten wyciąg fortepianowy dosłownie setki razy. Niezależnie od kuriozalnej sytuacji przypominającej raczej próbę niż spektakl, nasza polska pianistka wyrażała jednak uznanie dla włoskiego kolegi, który jednoosobowo nie mógł przecież zastąpić orkiestrowych piękności bizetowskiej partytury.

 

Proszę nie pytać, kim byli występujący w tak chałturniczej produkcji soliści. Ani na afiszach, ani w nieistniejących programach nie wymieniono ich nazwisk. Niechże więc pozostaną anonimowi mimo, że prezentowali wokalistykę i operowe aktorstwo na dobrym poziomie.

 

Nie wszyscy ! Baryton śpiewający Torreadora Escamilia jęczał jak wrona po grypie. Natomiast przystojny, młody bas wykonujący epizod oficera Zunigi powinien czym prędzej opuścić tę chałturniczą ekipę i zacząć robić karierę operową z prawdziwego zdarzenia, bo zasługuje na to jego piękny głos. Cała ekipa solistów biorąc udział w tym nieszczęsnym przedsięwzięciu wykazała brak szacunku do swojej profesji, a organizatorzy lekceważenie publiczności, która coraz większymi grupami opuszczała amfiteatr podczas trwania przedstawienia.

 

Rolę tytułową wykonała mezzosopranistka posiadająca wszystkie zalety, aby śpiewać Carmen na liczących się scenach i pewnie robi to, nierozważnie zwerbowana do wakacyjnej, sycylijskiej chałtury. Towarzyszył jej równie dobrze dysponowany jako Don José tenor i to były momenty, które pozytywnie zapiszemy w swej operowej pamięci. Niestety nie postać Micaëli, śpiewaną przez solistkę nie tylko korpulentną, ale wręcz opasłą, swoją fonetyką francuską sugerującą, że pochodzi z dawnego Związku Radzieckiego.

 

W historii blisko 200 wypraw Grand Touru po całym świecie, tylko dotąd dwukrotnie zdarzyły się prawdziwe operowe skandale. Przed kilku laty w Tallinie rozegrano na scenie całą Aidę, inscenizowaną w … pokoju hotelowym. A teraz ta „niby Carmen” w Taorminie.

 

Proszę jednak nie winić o to Agencji Grand Tour. Od blisko 20 – tu lat organizując wszystko, zapewnia zawsze najwyższy poziom przejazdów, hoteli, spotkań towarzyskich i doborowego grona miłośników opery. Ale nie ma możliwości przewidywania rezultatów artystycznych proponowanych spektakli, czego przykładem jest to wrześniowe okaleczenie Carmen w Taorminie.

                                                                       Sławomir Pietras