Pod Pegazem i Pod Papugami

Opublikowano: poniedziałek, 04, sierpień 2025 06:34
Pietras Sławomir

Przed stu kilkunastu laty Niemcy zbudowali w Poznaniu gmach teatralny, w którego fundamenty wkopali kamień węgielny z uroczystym zapewnieniem, że z jego sceny nie padnie nigdy słowo polskie. Trwało to tylko pierwszych dziewięć lat. Począwszy od września 1919 roku kiedy „wybuchła Polska” z gmachu Pod Pegazem co wieczór słychać było polszczyznę nie tylko w spektaklach naszego repertuaru narodowego, ale również oper włoskich, rosyjskich, francuskich, a nawet niemieckich – wszystkie śpiewane po polsku, wyjąwszy naturalnie okres okupacji.

 

W jego bogatej polskiej historii nazywany został Gmachem pod Pegazem, bo na jego szczycie umieszczono rzeźbę naturalnej wielkości skrzydlatego konia, uważanego za symbol uniesienia poetyckiego, który w mitologii greckiej uderzeniem kopyta otwierał źródło natchnienia. Paradnego wejścia z kolumnami do dziś strzegą dwa kamienne lwy, które według sztubackich dowcipów z czasów mojej młodości powinny zaryczeć, jeśli ulicą Fredry – gdzie stoi Teatr Wielki – kiedykolwiek przejdzie … dziewica. Przeszły, przeszły, sam byłem tego świadkiem, a operowe lwy nadal milczą jak zaklęte.

 

Szkoda, a właściwie skandal, że przed kilku laty nie przyszło do głowy ówczesnej dyrektorce uroczyste uczczenie stulecia polskiej opery w Poznaniu. Nie przyszło to również do głowy jej przełożonym, ale temu się mniej dziwię. Natomiast po latach przypomniało sobie o tym Radio Poznań, mając w swych archiwach cotygodniowe „Marginesy muzyczne”, które z nieodżałowanej pamięci przyjacielem Zdzisławem Dworzeckim redagowaliśmy w latach sześćdziesiątych, wiele miejsca poświęcając poznańskiej tradycji operowej.

 

Namówiony przez nieocenioną red. Alinę Kurczewską zdecydowałem się wrócić przed radiowy mikrofon i w coponiedziałkowe wieczory opowiadać różne historie ze stulecia polskiej opery w Gmachu pod Pegazem. Przed ponad pół wiekiem byłem najmłodszym publicystą interesującym się tym tematem. Spotykałem się wtedy z żyjącymi jeszcze najwybitniejszymi postaciami tej sceny, począwszy od Karola Urbanowicza, Zygmunta Latoszewskiego, Ewy Bandrowskiej-Turskiej, Zygmunta Wojciechowskiego, Zofii Fedyczkowskiej, Maksymiliana Statkiewicza, Stani Zawadzkiej, Józefa Wolińskiego, Haliny Dudicz-Latoszewskiej, Stefana Janasika, Jadwigi Fontanówny, Jerzego Kaplińskiego, czy Wandy Roesler-Stokowskiej.


Ich ówczesne fascynujące opowieści pozwoliły mi uważać, że historię Opery Poznańskiej poznałem niemal z autopsji. Jako założyciel i prezes Towarzystwa Przyjaciół Opery byłem współorganizatorem 50-lecia tego Teatru za czasów Roberta Satanowskiego, co poza doniosłym prestiżem Jubileuszu było okazją do wielu odznaczeń i nagród dla członków jego załogi.

 

Minęło pół wieku. Jeśli nie jestem pewien szczegółów jakichś zdarzeń, sięgam po bezcenne opracowania Kornela Michałowskiego, Tadeusza Świtały, Magdaleny Dziadek czy Katarzyny Liszkowskiej. Ale zapewniam, że wszystkie historie w cotygodniowym poniedziałkowym radiowym cyklu „Pegazowe opowieści” przytaczam prosto z głowy zwłaszcza, że od ponad 50-ciu lat w funkcjonowaniu Gmachu pod Pegazem brałem udział coraz bardziej osobisty, wreszcie bijąc kilkunastoletni rekord kierowania tą sceną.

 

Swe opowiadania zacząłem od dyrekcji Adama Dołżyckiego, którego grób odnalazłem w Bawarii, niedaleko Bayreuth. Zrelacjonowałem dyrekcję Piotra Stermicza-Valcrocjaty, najwyżej notowaną przed wojną, następnie trudne lata pod kierownictwem Zygmunta Wojciechowskiego, a w najbliższych odcinkach lata trzydzieste pod wodzą Zygmunta Latoszewskiego. Począwszy od niego postacie moich wspaniałych poprzedników znałem osobiście (oprócz Bierdiajewa). Kreśląc ich sylwetki nie będę mógł powstrzymać się od anegdot, zabawnych zdarzeń, a nawet sylwetek żon i tzw. towarzyszek życia, często biorących aktywny udział w poczynaniach swych mężów – dyrektorów.

 

Tymczasem na mojej drodze niespodziewanie stanęła p. Bożena Nawrocka, od 30-tu lat właścicielka poznańskiego klubu Pod Papugami, przy zbiegu ulic Wielkiej i Dominikańskiej na Starym Mieście. Tam z Jej inicjatywy począwszy od najbliższej jesieni odbywać się będą comiesięczne wieczory pod hasłem „Akademia pieśni polskiej”, podczas której najmłodsi adepci poznańskiej wokalistyki (i nie tylko) prezentować będą swoje głosy w repertuarze pieśniarskim, między innymi Moniuszki, Chopina, Szymanowskiego, Rózyckiego, Niewiadomskiego i Gala, a ja zgodziłem się te występy komentować.

 

Do wyboru kandydatów zamierzam zaprosić wybitną poznańską śpiewaczkę, a obecnie również pedagoga Barbarę Kubiak. Jeśli projekt się powiedzie, zaczniemy kompletować od nowa członków niegdysiejszego Towarzystwa Przyjaciół Opery, a ja Pod Papugami znacznie poszerzę spektrum przeszłości Gmachu pod Pegazem.

                                                              Sławomir Pietras