Operowa prapremiera na „Malcie”

Opublikowano: poniedziałek, 14, lipiec 2025 06:35
Pietras Sławomir

Nie jestem pewien, czy dobrze uczynili organizatorzy tegorocznej, 35-tej już edycji Festiwalu „Malta” w Poznaniu, zapraszając mnie i zachęcając do wzięcia udziału w prapremierze opery Głos potwora, stworzonej przez kompozytora Alka Nowaka, librecistę Roberta Bolesto i reżyserkę Agnieszkę Smoczyńską. Ten muzyczno-teatralny utwór został zainspirowany filmem Agnieszki Holland, królowej polskiej sztuki filmowej, która przyjechała na „Maltę” firmując poniekąd prezentowanie tu kilku innych swoich dzieł.

 

Program tegorocznej „Malty” potwierdza swe wysokie ambicje artystyczne i repertuarowe, a patronat i mecenat Festiwalu sprawowany przez Dominikę Kulczyk stał się czymś najtrafniejszym i najlepszym, co mogło się „Malcie” przydarzyć.

 

Toteż byli tacy, co w piątek 28 czerwca tuż przed rozpoczęciem prapremiery Głosu potwora na scenie Auli Artis próbowali mnie przekonać, że każdy temat jest odpowiedni, aby na jego kanwie stworzyć dzieło operowe, w co wątpiłem niepotrzebnie wciągnięty w powierzchowną, przedpremierową dyskusję. Wkrótce po zaledwie 70 minutowym spektaklu okazało się, że to właśnie ja miałem rację. Sama idea operowej inspiracji twórczości Agnieszki Holland zasługuje na uznanie i promocję. Ale przełożenie treści wybitnego filmu Europa Europa na język sztuki lirycznej, to już problem, o który rozbiło się to skądinąd cenne przedsięwzięcie, mimo oryginalnego, ale mało czytelnego nawiązania do antyku. Moje wieloletnie obserwacje i doświadczenia podpowiadają, że wielokrotnie częściej anemiczne tematy literackie lub teatralne, wsparte – najlepiej dobrą – muzyką, kreują interesujące spektakle operowe. Natomiast tematy wstrząsające literacko i scenicznie w połączeniu ze sferą dźwięków i śpiewem, bardzo często tracą swój wymiar dramatyczny, ekspresję i wymowę.

 

Tak było właśnie od początku prapremierowej prezentacji Głosu potwora. Już sam tytuł operowej wersji filmu Europa Europa wzbudził moje wątpliwości. Dla kogoś, kto nie był w kinie mógł on być sygnałem do tandetnej opowieści o straszydłach, które nachodzą bogobojne babcie i niegrzeczne dzieci.

 

Czołowy bohater z konieczności musiał wywnętrzać stan swej duszy, śpiewając długie, zbyt długie monologi. Konwencja rozgrywania wątłej akcji teatru w teatrze z orkiestrą umieszczoną w głębi sceny nie pomogła w potęgowaniu wrażeń, jakie założyli sobie librecista i reżyserka.


Odzywający się zza sceny chór wzmacniał wprawdzie doznawane wrażenia, ale gdy pojawił się na scenie z kartkami w rękach, natychmiast wzbudził moje podejrzenie, że przebieg muzycznej partytury jest tak trudny i skomplikowany, aż śpiewacy nie mogąc wszystkiego nauczyć się na pamięć, zmuszeni byli śpiewać, trzymając ściągi w rękach.

 

Nie brakło wszak w tym prapremierowym przedsięwzięciu cech pozytywnych. Przede wszystkim muzyka, znamionująca kompozytora gruntownie wykształconego, obdarzonego rozległą inwencją dźwiękową, umiejętnie i mądrze wykorzystującego brzmienie orkiestry, sprawiającego, że jego muzyki słuchało się z przyjemnością i satysfakcją.

 

Ponieważ spektakl powstał w koprodukcji z Operą Bałtycką, gdańską orkiestrą i dobrze śpiewającym chórem, dyrygował zaledwie 29 letni Jarosław Szemet – tamtejszy kierownik muzyczny, równocześnie kierujący artystycznie Filharmonią Śląską w Katowicach, ale na stałe mieszkający w Poznaniu. Sygnalizuje to tym, którzy uważają, że nie ma z kim rozmawiać w Polsce o kierowaniu teatrami operowymi. Stojąc przy pulpicie dyrygenckim czynił to wybornie. Mając takie możliwości postarałbym się o zapis dźwiękowy muzyki Alka Nowaka pod jego dyrekcją. To samo uczyniłbym z głosem kontratenora Jana Jakuba Monowida, na którego kondycji wokalnej i zaawansowanym opanowaniu techniki śpiewu oparty został Głos potwora.

 

Aby nie wylewać dziecka razem z kąpielą sugeruję, że spektakl ten godny jest zobaczenia ze względu na wykonawstwo. Ponieważ od jesieni wchodzi do repertuaru Opery Bałtyckiej szczerze życzę, aby znaleźli się wytrwali operomani chcący go obejrzeć.

 

Na szczęście w Gdańsku nie będzie po jego zakończeniu odbywała się taka „operetka”, jak na „Malcie”. Przy ukłonach na scenie wszyscy wszystkich oklaskiwali, potem wymieniane były zasługi realizatorów, ich pomocników i co ważniejszych gości siedzących na widowni. Natomiast przed Aulą Artis rozciągnięto czerwony dywan, taki sam jaki ciągle widuję w Operze w Bytomiu i Teatrze Muzycznym w Poznaniu.

 

Sądziłem, że lubią to tylko dyrektorzy Goik i Kieliszewski. Teraz dołączył do nich twórca „Malty” Michał Merczyński, który od września obejmuje Teatr Nowy w Warszawie. Wkrótce będzie więc tych wsiowoczerwonych dywanów premierowych aż cztery. Oby bardziej od nich podobały się prezentowane tam spektakle!

                                                                     Sławomir Pietras