Ostatnie filmowe dni Marii Callas

Opublikowano: poniedziałek, 05, maj 2025 06:11
Pietras Sławomir

O tym opowiada powstały niespełna rok temu film koprodukcji niemiecko-amerykańsko-arabskiej (Emiraty) i włoskiej, według scenariusza Stevena Knighta, w reżyserii Pablo Larraina. Grają Angelina Jolie (jako Callas wspaniała, niemal tak autentyczna jak Krystyna Janda w spektaklu Teatru „Polonia”), Alba Rohrwacher (Bruna – stanowczo za szczupła i za młoda w porównaniu z tą, którą spotykałem na Peré Lachaise przy urnie z prochami pod nr 16 258), Pierfrancesco Favino (kierowca i kamerdyner Ferruccio, w rzeczywistości o wiele młodszy), Haluk Bilginer (Onasis, mało podobny do Aristotelisa).

 

Ale obsada generalnie świetna. Brakowało mi tylko anonimowej postaci tancerza z Opery Paryskiej, który z Marią w ostatniej fazie jej życia przesiadywał nocami w kinach, wspólnie oglądając rewolwerowce, które gwiazda uwielbiała, zakwefiona przed przypadkowymi wielbicielami. Szkoda, że do obsady scenarzysta nie włączył dziennikarza Jacquesa Bourgeois i Michela Glotza – agenta i przyjaciela, jedynych odwiedzających Marię w ostatnich dniach życia, a Glotz klęczał przy jej zwłokach już godzinę po tragedii 16 września 1967.

 

Nie ma również w filmie Bruny Devetzi, pianistki – akompaniatorki podczas ostatnich występów Callas, która wkradła się w status przyjaciółki, rzekomej wykonawczyni ostatniej woli wielkiej Divy, organizowała pogrzeb i pośpieszną kremację, której – według niej – życzyła sobie nieboszczka.

 

Życie tej największej w XX wieku śpiewaczki zasługuje na sążnisty serial. Ale kto odważy się go realizować i finansować, skoro w uroczym poznańskim kinie Charlie przy ul. Rybaki, nieopodal pomnika Bohdana Smolenia i ulicy jego imienia, wyświetlano o boskiej Callas szeroko reklamowany film, na który frekwencja o godz. 20:30 wynosiła widzów 3 (słownie trzy). Byłem to ja i jakaś gejowska para migdaląca się w ciemnościach. Po projekcji wychodząc z kina zagadnąłem do nich, że uratowaliśmy w Poznaniu pamięć o Marii Callas. Spojrzeli na mnie, nie rozumiejąc o czym mówię, odwrócili się i poszli, migdaląc się dalej.

 

Wracając do filmu: był interesujący, wzruszający, momentami piękny. Pomysł na ujęcie postaci Callas w ostatnim tygodniu jej życia w otoczeniu wspaniałego apartamentu przy avenue Georges – Mandel, z mistrzowskimi wspomnieniami jej przeżyć i repertuaru, to zabieg zarazem prosty i znakomity. W scenach prób powrotu do formy wokalnej słuchaliśmy kolejno arii z Gianni Schicchi, Carmen, Toski, Normy, Anny Boleny, Purytan, Madama Butterfly, Turandot i Traviaty. Przeplatają się one retrospekcjami z jej niegdysiejszych spektakli w kostiumach, z orkiestrą, chórem, dyrygentami i publicznością w najsławniejszych teatrach operowych świata.


 

Sceny nieustannego przesuwania fortepianu przez Brunę i Ferruccia w różne miejsca obszernego mieszkania odebrałem jako autentyczne, bo opowiadała mi o nich Catherine Deneuve, która mieszkała piętro wyżej. Już po śmierci Callas zaprowadził mnie do niej dyrektor Teatru Champs-Elysee Monsieur Valusie, poruszony moją admiracją do tej śpiewaczki. Natomiast ta wielka gwiazda światowego kina z rezerwą odnosiła się do swej operowej sąsiadki, współczując jej wczesnego przerwania kariery, trudnego charakteru i samotności. Dostałem wtedy od niej kilka odręcznych karteczek, które Maria wsadzała w drzwi mieszkania Catherine, w rodzaju „jeśli wrócisz niezbyt późno, wpadnij na chwilę”…

 

Do dziś są dla mnie relikwiami, choć dla Deneuve były pewnie tylko kawałkami świstków. To samo dotyczy oglądanego właśnie filmu. Kto nie bardzo wiedział, kim dla światowej opery była Maria Callas, po jego obejrzeniu wie niewiele więcej. Jego zamysł i wysoki poziom artystyczny bardziej lub mniej świadomie skierowany został do nas – callasistów. No, może również do twórców i wykonawców spektakli operowych, albo do tych operomanów, którzy metrykalnie sięgają lat 50-tych, 60-tych i 70-tych, kiedy Callas fascynowała nas swą genialną sztuką, niesamowitym życiorysem, wreszcie przedwczesną klęską.

 

Zanim – nie wiedzieć czemu – rozsypano jej prochy w wodach Morza Tyrreńskiego chodziłem najpierw z Markiem Kellerem, potem z Marią Sartovą przy każdej bytności w Paryżu, do kolumbarium cmentarza Pere Lachaise, aby przy urnie nr 16 258 podumać, złożyć kwiaty, zapalić świecę… Tam kilkakrotnie spotykałem Brunę, nie bardzo chętną do rozmowy dlatego wiem, że w rzeczywistości była starsza i bardziej korpulentna niż w filmie.

 

Ciągle zastanawiam się, dlaczego przytulne kino studyjne na poznańskich Rybakach podczas seansu o Callas było niemal puste. Przecież poznańskie tradycje operowe urodziły całe pokolenia wspaniałych operomanów, legenda Marii Callas powoduje ciągłe wznowienia jej studyjnych i pirackich nagrań, sprzedawanych dosłownie na całym świecie.

 

Może trzeba usiąść co wieczór w niewielkiej kafejce obok kina Charlie i czekać na tych, którzy przed i po seansie zechcą dowiedzieć się, kim tak naprawdę dla sztuki i cywilizacji była Maria Callas.

                                                                 Sławomir Pietras