Co słychać w operowej Łodzi

Opublikowano: poniedziałek, 17, luty 2025 06:49
Pietras Sławomir

Dawno nie byłem w Łodzi, która – wbrew rzeczywistości – zawsze wydawała mi się miejscem przyjaznym, a nawet operowo pięknym, bo udawało mi się tam wiele poczynań z zespołem Teatru Wielkiego, ówczesnymi władzami, a zwłaszcza z najlepszą w Polsce publicznością. Gdyby znalazły się na to pieniądze, to do końca odnowione fasady starych kamienic śródmieścia uczyniłyby z Łodzi wręcz jedno z najpiękniejszych miast w Europie.

 

Tak sobie myślałem spacerując – a nie jeżdżąc samochodem – po znanych mi dobrze ulicach, a do Teatru Wielkiego poszedłem, aby obejrzeć Holendra tułacza, pozostającego w łódzkim repertuarze już od lat dziesięciu, ale zagrane na scenie dopiero po raz ósmy (!).

 

Nie zawiodłem się. Inscenizacja i scenografia interesująca, gra orkiestry pod dyr. Rafała Janiaka przyzwoita, obsada czołowych ról wręcz znakomita, z Krzysztofem Szumowskim (Holender), Agnieszką Hauser (Senta) i Dominikiem Sutowiczem (Eryk). Gorzej było z postaciami drugoplanowymi, wśród których gościnnie występujący Daland i Sternik to po prostu bezgłosia. Epizodyczna, ale ważna postać Mary – źle obsadzona, a posługiwanie się gościnnymi śpiewakami, mając w zespole wielu znakomitych wokalistów, to po prostu lekkomyślność lub lenistwo dyrygenta.

 

Zwłaszcza, że wznawianie tego wybitnego dzieła zajęło co najmniej kilka tygodni pracy, a poza wykonaniem, którego byłem świadkiem, nie będzie już grane do końca obecnego sezonu. Więc następne wznowienie pochłonie znów wiele cennego czasu, który przydałoby się poświęcić na przygotowanie nowych pozycji.

 

Chciałoby się życzyć, aby spełniały one co najmniej trzy kryteria: były operowymi tytułami niegranymi nigdy w Łodzi, wzbudzały aktywne zainteresowanie publiczności i rozwijały artystyczne kwalifikacje realizatorów, solistów, baletu i chóru tego wspaniałego Teatru. Ponadto chciałoby się życzyć, aby przywrócono do grania repertuaru we wszystkie dni, prócz poniedziałków, a w latach osiemdziesiątych ponadto na Scenie Kameralnej w Pałacu Poznańskiego jeszcze po kilka spektakli miesięcznie Cosi fan tutte, Odprawy posłów greckich, Kynologa w rozterce, czy Telefonu Menottiego. Tymczasem na afiszu widzę ciągle My fair lady, Greka Zorbę i Zemstę nietoperza, którą dyryguje dyrektor Opery Krakowskiej, aby dyrektor Teatru Wielkiego w Łodzi mógł zadyrygować Aidę w Krakowie.

 

Na foyer I piętra wzruszyła mnie wystawa poświęcona Bogusławowi Kaczyńskiemu. Z licznych fotografii wyziera postać tego mistrza propagandy operowej. Mnie zaś ekspozycja ta przypomniała, że to właśnie na premierze Panienki z okienka Tadeusza Paciorkiewicza poznaliśmy się, będąc jeszcze studentami. 


Już wtedy dosłownie cała Polska zjeżdżała na łódzkie premiery operowe i baletowe. Przewodził temu Jerzy Waldorff, stając na czele operowych pociągów z Warszawy. Obecnie nic nie wskazuje na to, aby repertuarowo, obsadowo, czy artystycznie dążono do tamtych sukcesów. 

 

Na Holendrze tułaczu siedziałem wśród eleganckiej publiczności na nie najlepszych już miejscach, za które zapłaciłem po 45 zł. Piszę o tym dlatego, aby nikt nie myślał, że najdłużej urzędujący dyrektor w dziejach Opery Łódzkiej dostawał cokolwiek za darmo! Jeszcze jeden rząd dalej za mną ujrzałem Ewę Iżykowską (też po 45 zł), do niedawna wybitną polską śpiewaczkę o karierze międzynarodowej, następnie profesora wokalistyki oraz twórczynię i animatora konkursów wokalnych w Kaliszu. W serdecznej rozmowie namówiła mnie do przyjazdu na kolejny, już bodaj siódmy Międzynarodowy Konkurs Wokalny „Viva Calisia”, zaplanowany na październik 2025 roku. 

 

Prof. dr hab. Ewa Iżykowska jest rodowitą kaliszanką. Podobnie jak inni wybitni artyści nie zapomina o swej ziemi rodzinnej. W przeszłości robił to Jan Kiepura (chłopak z Sosnowca), Maria Fołtyn (urodzona w Radomiu), Ada Sari (z Nowego Sącza), Olga Sawicka (z Poznania) czy Artur Rubinstein (urodzony i wychowany w Łodzi).

 

Toteż zauroczony tym przywiązaniem Ewy Iżykowskiej do Kalisza ujrzałem w środowym wydaniu teleturnieju „Jeden z dziesięciu” Aleksandrę Lach, która wyznała, że jest księgową z Będzina. Natychmiast zacisnąłem kciuki, bo to przecież moje miasto rodzinne. Poskutkowało! Moja krajanka zdobyła aż 202 punkty, odpowiedziała na niemal wszystkie z różnorodnych dziedzin, często niełatwe pytania i… zwyciężyła!

 

Będzin jest najstarszym miastem Zagłębia Dąbrowskiego, swą zabudową i charakterem przypominające Łódź (tylko o wiele mniejsze). Pewnie dlatego właśnie w Łodzi zawsze czułem się najlepiej, zwłaszcza w kontakcie z jej mieszkańcami i artystami. Właśnie dlatego tutaj postanowiłem promować swą najnowszą książkę, złożoną z haseł „Alfabetu dla zaawansowanych”. Co kilka stron jest tam coś o Łodzi i łodzianach.

 

Zaczynam spotkaniem autorskim w Auli Uniwersytetu Łódzkiego przy ul. Lindleya 5, 10 marca o godz. 12:30. Jego tytuł „Co słychać w operowej Łodzi”… Zapraszam!

                                                                     Sławomir Pietras