Manon Lescaut w Torre del Lago

Opublikowano: poniedziałek, 19, sierpień 2024 07:09
Pietras Sławomir

Festiwal Giacomo Pucciniego od 70 lat odbywa się w porze letniej w toskańskim Torre del Lago, niewielkiej mieścinie między Pizą, a Luccą, gdzie urodził się kompozytor, a kiedy zaczął już pracę nad swymi najważniejszymi dziełami, osiadł w Torre del Lago nad jeziorem, terenem łowieckim, z jak na owe czasy nowoczesną łodzią motorową i zmienianymi co sezon automobilami. Tutaj spędzał sezony letnie, a w pozostałe miesiące wyjeżdżał tam, gdzie odbywały się pierwsze wykonania Cyganerii (Turyn), Madama Butterfly (Mediolan i Brescia), Toski (Rzym), Dziewczyna z Zachodu, i Tryptyku Płaszcz, Siostra Angelika, Giani Schicchi (Nowy Jork). 

 

Obecnie w programie jubileuszowego festiwalu (w setną rocznicę śmierci Kompozytora) znalazły się praktycznie nie wykonywane już nigdzie wczesne opery Mistrza. Willidy i Edgar, a poza tym często goszczona tu Cyganeria, Tosca i Turandot, a o wiele rzadziej Manon Lescaut. 

 

Właśnie dlatego Grand Tour wybrał dla nas to ostatnie dzieło, którym dyrygowała młoda włoska mistrzyni batuty Beatrice Venezi, zaprzeczając poglądom – pochodzącym zresztą głownie z Italii – że dyrygowanie dziełami Pucciniego, to szczególnie męska sprawa. Ta urodziwa młoda dama świetnie interpretowała młodzieńcze dzieło Mistrza z Lucci, pozwalając solistom swobodnie wyśpiewać długie frazy, precyzyjnie wyemitować muzyczne dialogi, a orkiestrze zachować należyte proporcje brzmienia, mimo nieznacznych braków w składzie kwintetu i instrumentów dętych – blaszanych.

 

Rolę tytułową śpiewała Alessandra Di Giorgio, sopran liryczny, ale w momentach dramatycznych brzmiący ekspresyjnie, piękną barwą głosu, postaciowo urodziwa, pełna wdzięku z używaniem wielu uroczych środków operowej gry aktorskiej.

 

W ostatniej chwili zapowiedziano zmianę w obsadzie Kawalera Des Grieux. Z powodu nagłej niedyspozycji zamiast Francesca Pio Gallaso wystąpił tenor Andeka Gorrotxategi. Siedzący obok mnie polski tenor Sylwester Kostecki ocenił nagłe zastępstwo greckiego kolegi niezwykle pozytywnie, co mnie zdziwiło, bo w polskich stosunkach wokalnych zdarza się to niezwykle rzadko. Mnie ten tenor też się podobał. Podziwiałem jego przytomność w działaniach scenicznych, mocne brzmienie dramatycznego głosu, nieco tylko siłowo atakującego górne dźwięki.


Po spektaklu Sylwester zgodził się ze mną, ale cicho i pokątnie, aby ani żona, ani polscy melomani tego nie słyszeli. Pozostała obsada złożona wyłącznie ze śpiewaków włoskich bardzo nam się podobała, chociaż były to role niewielkie, ale zagrane i zaśpiewane bez zarzutu. 

 

Reżyserował Massimo Gasparon, firmując również inscenizację, scenografię, kostiumy i oświetlenie całości. Imponowały wspaniałe przeźrocza rzucane na całą powierzchnię sceny, precyzja techniczna zmian dekoracji, a przede wszystkim uroda całości widowiska podkreślana bogactwem kostiumów i świetnie śpiewającego licznego chóru. Jeszcze raz potwierdziło się, że we Włoszech pracują profesjonalni reżyserzy, świetnie przygotowani do zawodu i dogłębnie znający materię inscenizowanego dzieła. W moim doświadczeniu takim właśnie był Renzo Giacchieri, który kierując Festiwalem Arena di Verona wyreżyserował nam w Łodzi Łucję z Lammermoor. Ale spotykałem go również kilkakrotnie, jako realizatora spektakli Pucciniego w Torre del Lago.

 

Festiwalowy amfiteatr plenerowy posiada ponad 4000 miejsc. Spektakle rozpoczynają się dopiero o godz. 21:30, aby wszystkie efekty świetlne mogły zostać precyzyjnie odebrane przez publiczność. Zamiast dzwonków, z głośników płynie motyw chóru rybaków z Butterfly zagrany jednokrotnie, dwukrotnie i trzykrotnie, począwszy od kwadransa przed spektaklem. 

 

Tego wieczoru, była to sobota 2 sierpnia, pogoda w Toskanii była bezchmurna, a temperatura przekraczała 42 stopnie C. Spojrzawszy na pierwsze gwiazdy na niebie od strony jeziora poczułem „ochłodzenie” tylko do … 35 stopni. Po przerwie i rozpoczęciu IV aktu zasłuchany i zapatrzony poczułem najpierw pierwsze krople, a wkrótce zalewającą nas gwałtowną ulewę. Para głównych bohaterów miała jeszcze odśpiewać finałowy duet na amerykańskiej pustyni. Niestety pierwsi uciekli ze sceny. Za nimi od pulpitu podążała dyrygentka z partyturą na głowie, aby nie zmoczyć ondulacji. Muzycy w popłochu chronili instrumenty przed zalaniem, a publiczność tłumnie chroniła się pod pobliskimi drzewami mimo, że bilet wstępu (przynajmniej mój) kosztował 121,50 Euro w 15 rzędzie, nr miejsca 31, przy czym Grand Tour otrzymuje zwykle znaczne upusty. 

 

Ten przypadek daje odpowiedź na pytanie, dlaczego w Polsce niemożliwe są letnie festiwalowe przedstawienia plenerowe, chociaż i w ojczyźnie opery niespodziewane ulewy też się zdarzają. 

                                                                   Sławomir Pietras