Odszedł Jerzy Stuhr. Strach umierać...

Opublikowano: poniedziałek, 05, sierpień 2024 06:31
Pietras Sławomir

Śmierć Jerzego Stuhra przeżyłem głęboko, uczuciowo, wręcz traumatycznie. Szerokie kręgi społeczne zareagowały na nią o wiele silniej, niż to było po odejściu Holoubka, Pszoniaka, Gogolewskiego, Wilhelmiego, czy Hanuszkiewicza. Zadziałały tu niewątpliwie sentymenty do wybitnego polskiego aktora, wyjątkowo w różny sposób dręczonego przez ostatnie osiem lat z powodów, o których prawie wszyscy wiemy, a niektórzy się tylko domyślają.

 

Aż roi się od materiałów wspomnieniowych w mediach, wyliczanie filmowego i teatralnego dorobku Zmarłego. Nadano kilkugodzinną transmisję telewizyjną z pogrzebu, wypowiedzi i przemówienia reprezentantów różnych instytucji, a nawet natychmiastowo mianowano jedną z ulic w Tarnowskich Górach nazwiskiem nieboszczyka.

 

Wszyscy wiemy kim był w sztuce aktorskiej Jerzy Stuhr, ale reakcja ludzi na jego odejście sugeruje głębsze przeanalizowanie tego zjawiska. Szkoda, że nie dożyję końca karier Daniela Olbrychskiego, Andrzeja Seweryna,  Cezarego Żaka, czy Olgierda Łukaszewicza, bo stopniując żałobę po nich należałoby zamknąć na przykład ruch kołowy, ogłosić narodową minutę ciszy, włączyć buczki fabryczne i wszystkie sygnały dźwiękowe oraz zarządzić powszechne okresowe noszenie się na czarno.

 

To nie kpina, ani prześmiewstwo. To próba zwrócenia uwagi na niespodziewaną nieproporcjonalność społecznej reakcji na różne, otaczające nas zjawiska. W polskiej tradycji żałobnej obrzędy pogrzebowe przez wieki ukształtował katolicyzm. Na niczym skończyła się próba wprowadzenia pogrzebowego obrzędu świeckiego. W czasach głębokiego PRL-u zobowiązano mnie jako dyrektora teatru do uczestnictwa w komisji (nie powiem z kim, gdzie i kiedy) mającej ukształtować scenariusz takiej antykościelnej uroczystości. Wszystkie dyskutowane wówczas wersje tknęły kpiną, humoreską, a nawet kabaretem.

 

Myślałem o tym słuchając przez telewizję „prelekcji” Agnieszki Holland nad grobem Stuhra na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie. Tej wybitnej reżyserce, wychowanej zapewne w obyczajowości ateistycznej obca jest powaga mowy pogrzebowej zwróconej wprost do zmarłego, ewentualnie do rodziny, w treści podnoszącej jedynie zasługi zmarłego, jego wiekopomne czyny, cnoty i zalety, choćby były one dalekie od rzeczywistości. Prelegentce zaczął udzielać się przy tym rodzaj konwencji kawiarniano towarzyskiej, co tym bardziej umniejszyło powagę uroczystości.


Natomiast na ogół w pozytywny sposób wywiązali się ze swych zadań przemawiający na nabożeństwie w kościele św. Piotra i Pawła. Przede wszystkim rektor Dorota Segda wzruszająco pięknie i rzeczowo nakreśliła zasługi Zmarłego w dziedzinie szkolnictwa, zwłaszcza gdy był rektorem w krakowskiej PWST. Równie konkretnie przedstawił jego sukcesy na scenie Starego Teatru dyr. Waldemar Raźniak. Z elegancją i prostotą wystąpiła nowa Minister Kultury Hanna Wróblewska. Natomiast wątpliwa zarówno w formie jak i treści pozostała laudacja obecnej Marszałek Senatu Małgorzaty Kidawy-Błońskiej. Mądrą, pobożną, a zarazem refleksyjną homilię wygłosił kardynał Grzegorz Ryś.

 

Bez względu na wierzenia, poglądy, uczynki, czy nawet wypowiedzi Zmarłego, jedynym ceremonialnym, doprawdy uroczystym i godnym sposobem pożegnania umierającego Polaka jest obrzęd katolicki.

 

Nie oszukujmy się, każdy z nas nosi w sercu wizję uroczystości rozstania się z tym światem. U wielu wizja ta nie musi być wcale tragiczna, a nawet smutna. Ja – na przykład – chciałbym od rana spoczywać na katafalku kościoła św. Trójcy w Będzinie w atmosferze muzyki, której repertuar i nagrania pozostawię w testamencie. Po południu mogą występować na chórze śpiewaczki i śpiewacy, którzy byli solistami w teatrach, gdzie dyrektorowałem. Wyobrażam sobie te wrzaski, bo od kilkunastu lat niczym już nie kieruję, a zamierzam żyć jeszcze długo, więc i obsady z moich lat mocno się przerzedziły i postarzały. Dla ratowania poziomu artystycznego pogrzebu powinni wystąpić także młodsi, których aktualnie promuję w swoich felietonach. Byłbym wdzięczny, gdyby obecnością zaszczycili mnie również przynajmniej niektórzy czytelnicy zwłaszcza, że przemówienie przed rodzinnym grobowcem wygłoszę osobiście, aby mi nikt nad trumną byle czego nie głosił. Stosowne nagranie pozostawiam spadkobiercom, jak również mazura ze Strasznego dworu, który niech odtańczą soliści baletu z moich czasów, koniecznie w choreografii Emila Wesołowskiego. 

 

Natomiast ani w kościele, ani na cmentarzu nie należy zakazywać bicia brawa. Kiedy rozległa się długo nie milknąca owacja na cześć Jerzego Stuhra w kościele św. Piotra i Pawła najpierw się wzruszyłem, a potem wręcz rozpłakałem. Na moim pogrzebie niech będzie tak samo. Ale czy ktoś tego dożyje ?

Tak więc może jednak nie strach umierać…

                                                                                       Sławomir Pietras