Nadzieje wokół Opery Wrocławskiej

Opublikowano: poniedziałek, 03, lipiec 2023 06:30
Pietras Sławomir

Pojechałem do Wrocławia zwabiony wiadomością, że moja zawodowa koleżanka Ewa Michnik, ale także wieloletnia przyjaciółka, twórczyni dwóch dekad sukcesów Opery Wrocławskiej będzie promować okazały, świetnie wydany album pt. „Wrocławskie megaopery Ewy Michnik”, poświęcony tym produkcjom, z czego Wrocław zasłynął na operowej mapie kraju.

 

Ludzka pamięć jest jednak krótka, a wdzięczność jeszcze krótsza. Na Sali Muzeum Teatru im. Henryka Tomaszewskiego ustawiono tylko trzy rzędy krzeseł , które nie zapełniły się nawet do połowy, a album kupiło tylko kilka osób w tym ja, narzekając na wygórowaną cenę, bo jestem z Poznania.

 

Jego autorka i bohaterka spotkania, obecna we Wrocławiu podobno po raz pierwszy od 7. lat po abdykacji w Operze, wyglądała wręcz rewelacyjnie i nic się nie zmieniła. Długo opowiadała o swych osiągnięciach z uwzględnieniem genezy, sukcesów i tłumów publiczności oglądającej w plenerach te megaprodukcje. Słuchała tego grupka byłych czcicieli, a wśród nich ja, niegdysiejszy konkurent, potem wnikliwy krytyk, ale zawsze niezmienny wyznawca i głosiciel poglądu, że w Ewie Michnik mamy do czynienia z wybitnym dyrektorem operowym, jednym z trzech najlepszych w naszych czasach.

 

Miałem zamiar obszernie napisać o tym w felietonie mimo, że zawodowa zazdrość jest niestety mocną stroną mojej operowej osobowości. Niestety wychodząc ze spotkania po złożeniu czci i gratulacji mojej koleżance, zostałem napadnięty przez jej męża, nieszczęsnego barytona o głosie kojota a urodzie Rigoletta, który swą obecnością ratował brak frekwencji. Po obrzuceniu mnie wyzwiskami, z których słowo „śmieć” było najłagodniejsze, zapewne by mnie pobił, ale przypomniał sobie, że to ja właśnie zapraszałem go do Łodzi na gościnne występy, a potem kilkanaście lat znosiłem jego widok w Teatrze Wielkim w Poznaniu, kiedy to zaproponowałem Ewie, aby oddała mi go na przechowanie, bo tym sposobem mógłby nie szkodzić jej znakomitej działalności we Wrocławiu. Niestety po serii trudnych do opisania konfliktów z poznańskimi kolegami i nieustannym wyciem (śpiewaniem) na scenie, zmuszony zostałem do odesłania go na powrót  do Wrocławia, gdzie czynił to samo, tylko już na konto swej wybitnej Małżonki.


Uciekając przed tym napastnikiem ledwie zdążyłem do pięknie wyremontowanego gmachu Opery Wrocławskiej (co też jest dziełem Ewy Michnik), gdzie tego wieczoru dawano Don Giovanniego Mozarta. Natychmiast znalazłem się w innym świecie. Spektakl świetnie wyreżyserowany, z interesującą scenografią, pięknymi kostiumami i grą orkiestry, która zelektryzowała mnie już od pierwszych taktów.

 

Przy komplecie codziennej publiczności (takie szeregowe spektakle cenię sobie najbardziej) przed orkiestrą stanąl ciągle młody, acz już dojrzały dyrygent Adam Banaszak, którego dokonania są mi dobrze znane z Poznania i Łodzi. Poprowadził spektakl wybornie, cieniując jego niuanse dźwiękowe od subtelnego piano do ognistego forte, perfekcyjnie akompaniując solistom i dostosowując poszczególne tempa do indywidualnych cech wykonawców.

 

Wśród nich zachwyciła mnie Maria Rozenek-Banaszak (Donna Anna), która ma szansę na międzynarodową karierę, gdy tylko odchowa dwójkę zrodzonych wśród operowych emocji pociech. W równym stopniu wywierała wrażenie Aleksandra Opała, śpiewająca swym pięknym mezzosopranem sopranową przecież partię Elviry oraz sprowadzona w ostatniej chwili z Łodzi Aleksandra Borkiewicz-Cłapińska, bo wrocławska Zerlina właśnie się rozchorowała, a łodzianka zastąpiła ją, jakby robiła to od czasów Mozarta.

 

Mniejsze zachwyty kieruję pod adresem ról męskich. Tytułową śpiewał Tomasz Rudnicki, z lepszą prezencją niż barytonowym brzmieniem (świetnie zaśpiewana aria szampańska). Dobrymi Leporellem, Masettem i Komandorem byli Jakub Michalski, Sergii Borsow i Wołodymyr Pankiw. Natomiast Don Ottavio w wykonaniu Jędrzeja Tomczyka to tenor skromnie brzmiący, niezbyt urodziwy, ale muzykalny i wzbudzający sympatię na scenie. W ostatnich czasach obciążony złym losem mojego ukochanego teatru, a tego dnia jeszcze pokąsany nienawiścią operowego niewdzięcznika, trafiłem na spektakl dobrze świadczący o  możliwościach aktualnego zespołu. Adam Banaszak jako szef muzyczny stawia na grono posiadanych współpracowników, którymi jest otoczony i – jak widać – intensywnie pracuje. Jeśli jego umiejętności przy pulpicie dyrygenckim spotkają się z doświadczeniem reżyserskim nowo mianowanego dyrektora artystycznego Michała Znanieckiego i rozwagą również nowo mianowanego dyrektora Tomasza Janczaka, to nadzieje wokół Opery Wrocławskiej nabiorą szans realizacji, bez tych kuriozalnych konkursów na dyrektorów, którym wszyscy jesteśmy przeciwni.

                                                                   Sławomir Pietras