Wydane przez Czytelnika w 1971 roku Opowiadania muzyczne Jarosława Iwaszkiewicza wciąż przynoszą niespodzianki i zaskoczenia. Autor, znakomity poeta, prozaik, dramaturg i wieloletni prezes Związku Literatów Polskich, w młodości myślał o karierze muzycznej. Skomponował nawet jakąś Sonatę skrzypcową, zarabiał początkowo jako nauczyciel gry na fortepianie, ale gdy zetknął się z ogromnie utalentowanym kuzynem Karolem Szymanowskim, przesunął swoje zainteresowania zawodowe w stronę literatury.

Jego dziełami są więc m.in. libretto opery Król Roger, a także dosyć często grana w teatrach sztuka o Chopinie Lato w Nohant. Kompetencje muzyczne Iwaszkiewicza są więc niepodważalne, ale w liczącym ponad 400 stron tomie Opowiadań muzycznych tego prawie nie widać. Na 6 zamieszczonych tu drobnych utworów literackich w trzech o muzyce zupełnie nic nie ma, a w pozostałych trzech – tyle „co kot napłakał”. W najdłuższym, otwierającym tom tekście Przyjaciele z 1929 roku, ani razu nie pojawia się nawet słowo „muzyka”. Rozumiem, że redaktorzy Czytelnika mieli kłopot, jak zakwalifikować te opowiadania, jaką wspólną ideą objąć i nazwać opracowywane edytorsko teksty.
Jan Młodożeniec, autor projektu obwoluty i okładki wybrnął z sytuacji dosyć gładko, bo przedstawił kompozycję całkiem abstrakcyjną, która z powodzeniem mogłaby służyć np. opowiadaniom marynistycznym, lekarskim czy militarnym, więc i Opowiadania muzyczne dobrze się prezentują z takim projektem okładkowym. Skąd więc się wziął ten tytuł? Może skierowanie uwagi czytelników na pewne wątki muzyczne zawarte w trzech opowiadaniach wydały się redaktorom najbardziej „bezpieczne”? W ten sposób można było uniknąć niewygodnych pytań i nieobyczajnych plotek, które w czasach, gdy kierowano tom do publikacji, należały do tematów tabu. Chodzi bowiem o to, że we wszystkich opowiadaniach umieszczone są wyraźne sugestie dotyczące życia erotycznego i to nie tylko stosunków męsko-damskich, ale także męsko-męskich.

Te drugie są w zasadzie niedopowiedziane, nieledwie zasugerowane, ale trudno się nie zorientować, że dla autora były one jakoś istotne, może nawet traktowane równoważnie z obcowaniem „hetero”. Dziś przyzwyczajeni do skrótu LBTG być może przyjęlibyśmy z umiarkowanym krytycyzmem np. książkę Opowiadania biseksualne, ale w latach 70., gdy milicja w ramach Akcji Hiacynt dokonywała spisu osób nieheteronormatywnych, byłby pewien kłopot. Jest jeszcze inna wspólna cecha opowiadań, którą można by objąć jak klamrą pubikowane teksty – poza pierwszym, jeszcze napisanym przed II wojną światową, wszystkie powstawały we Włoszech, były pisane w Rzymie lub na Sycylii. Czy jednak tytuł Opowiadania włoskie nie byłby nadużyciem i dezinformacją? W trzech opowiadaniach Iwaszkiewicza tematem jest zbrodnia, zabójstwo, nawet dosyć drastycznie opisane, jednak w odróżnieniu od klasycznych opowiadań czy powieści kryminalnych, nie ma tutaj zagadki i poszukiwania zabójcy, lecz ów gwałtowny czyn jest wynikiem spekulacji autora, jego pomysłem jak rozwiązać poruszane problemy moralne, egzystencjalne, estetyczne. Wszystkie opisywane historie są literacką fikcją, co w niektórych tekstach autor jeszcze dodatkowo uparcie podkreśla i daje do zrozumienia, że doszukiwanie się jakiegoś klucza, podobieństwa do realnie żyjących osób czy zaistniałych sytuacji byłoby błędem. W opowiadaniu pt. Czwarta symfonia, a więc de facto – muzycznym, pojawiają się nawet nazwiska autentycznych kompozytorów rosyjskich Antona Rubinsteina i Sergiusza Taniejewa, jako profesorów głównego bohatera, ale jest to tylko ozdobnik, bez większego znaczenia dla fabuły dzieła. Jednak nawet w tym tekście, w którym czytamy o perypetiach życiowych młodego muzyka, ważniejsze są jego emocje i uczucia względem innych osób, niż kwestie artystyczne. Dosyć bliska przyjaźń z eleganckim i przystojnym oficerem, będąca przedmiotem zgryźliwych komentarzy, stanowi tu główną oś dramaturgiczną opowiadania. Kiedy jednak koledzy się pokłócili, to niania naszego bohatera wygarnęła mu z ludową prostolinijnością: „Jakoś nie widać twojego kniazia. Nowe sitko na kołeczku”.
Generalnie opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza starają się uzasadniać bluźniercze nieraz odstępstwa od tradycyjnych norm moralnych czy obyczajowych swoich bohaterów poprzez specyficzną interpretację słynnych dzieł sztuki. W pierwszej z opisywanych historii pt. Przyjaciele autor zwraca uwagę na obraz z kolekcji Czartoryskich, Damę z gronostajem Leonarda, nadając mu złowrogie, upiorne znaczenie. Mówi się o tym dziele, że to „fałszywa Madonna”, a zwierzątko, które czule obejmuje dziewczyna, symbolizuje szatana. Takie podejście do portetu Cecylii Gallerani ma uzasadniać moralną ambiwalencję bohatera.

W opowiadaniu Mefisto-Walc jest podobnie – tutaj bohater – uzdolniony młodziutki pianista. któremu początkowo nie udaje się stworzyć złudzenia demoniczności kompozycji Franciszka Liszta, staje się mordercą pod wpływem demoralizującego pożądania – całkiem pozamuzycznego. Opowiadanie Notre-Dame-la Grande z 1968 roku, bez związku z muzyką, oddaje rozchwianie moralne młodzieży Zachodu w epoce nihilistycznej, obyczajowej rewolty. Opowiadanie Martwa pasieka jest z kolei jakby przeglądem podstawowych polskich, dawnych i peerelowskich problemów społecznych oglądanych w kropelce wody małej mieściny. Mamy tu więc reperkusje tragicznych kart niemieckiej okupacji, zbrodni UPA na Wołyniu, okrutnych sowieckich deportacji mieszkańców dawnych kresów, emigracji powojennej, stalinowskich represji politycznych, prześladowania i umniejszania roli zakonów żeńskich czy osób obcych klasowo, biedy i mizerii opieki nad nieuleczalnie chorymi, nacjonalizacji przemysłu i związanych z tym nadużyć i marnotrawstwa itp, itd. Temat „muzyczny”, to tutaj tylko wątek fabryki płyt długogrających czy gwizdanej przez kogoś melodii z operetki Wesoła wdówka. O wiele ciekawsze i ważniejsze dla rozwijanej intrygi są jednak różne ordynarne wpisy na ścianach zakładowej ubikacji, a właściwie prymitywnej latryny, wyraźnie świadczące o niehetero-zainteresowaniach bywalców tych przybytków. Takie to jest „opowiadanie muzyczne”. Wreszcie pojawia się ostatni i chyba najlepszy tekst pt. Psyche, będący stylizacją starożytnego mitu, właściwie nie mający nic wspólnego z muzyką. Paradoksalnie zawiera on jednak pochodzącą od autora myśl wartą zacytowania: „I na koncerty nie chodź, moja Psyche, bo już Platon powiedział, że muzyka działa demoralizująco. Nagle posłuchasz jakiejś symfonii i wszystko zda ci się zrozumiałe i jasne. Jest to grzech dumy i zaufania do siebie, który chciała popełnić Ewa, gdy pragnęła być równa bogom. Ty nie popełnisz tego grzechu...”.
Joanna Tumiłowicz