Byłem przekonany, że nazwisko słynnej mezzosopranistki urodzonej w Kansas, ale chyba o włoskich korzeniach, pisze się di Donato, lecz widocznie się myliłem, bo w programie i na afiszach w Salzburgu stoi wyrażnie: DiDonato. Z duchem języka włoskiego nie ma to nic wspólnego, ale artystka czuje się zapewne wyłącznie Amerykanką, a tam takie szczegóły nie mają znaczenia (wystarczy popatrzeć – przepraszam za dygresję – co twórcy filmu Troja z Bradem Pittem zrobili z historią wojny trojańskiej ośmieszając bohaterów Iliady Homera).

Program koncertu zatytułowanego „My favourite things” zawierał wyłącznie utwory z XVII i XVIII wieku. Solistce towarzyszył zespół instrumentalistów „il pomo d’oro” (tak, to nie mój błąd – piszą się z małej litery), czyli „złote jabłko”. Grali bardzo stylowo pod dyrekcją Maxima Emelyanycheva. Głos Joyce DiDonato jest piękny, szlachetny, ale po słuchanej przeze mnie w przeddzień Elinie Garančy w Potępieniu Fausta Berlioza, brzmiał dziwnie wątło. Timbre był – jakby to powiedzieć obrazowo – jakiś rozrzedzony.
Może sprawił to rodzaj wybranego repertuaru, może artystka tak sobie wyobraża stylowe śpiewanie baroku, a może po prostu inaczej nie może. W pierwszej części, zatytułowanej „Gli antichi”, zabrzmiały utwory Salamone Rossiego, Claudia Monteverdiego (aria Penelopy z Il ritorno d’Ulisse in patria oraz Ottavii z L’incoronazione di Poppea), Antonia Cestiego, Tarquinio Merula, Giovanniego Battisty Buonamente i Johna Dowlanda. Dwa wykonania wyróżniały się z ogólnej monotonni. Wstrząsająca aria, a raczej monolog (recytatyw) Ottavii „A…a…a…Addio Roma, addio patria, amici addio” i zaiste słodka pieśń Johna Dowlanda „Come again, sweet love doth now invite”. Część druga, pod tytułem „I moderni”, była bardziej ożywiona.
Rozpoczęła ją efektowna aria Kleopatry z serenaty (słowo na polski nieprzetłumaczalne, coś jak kantata wieczorna) Marc’Antonio e Cleopatra Johanna Adolpha Hassego, komponującego dla Neapolu w XVIII wieku, jednego z twórców słynnej neapolitańskiej szkoły śpiewu koloraturowego. Były trzy wspaniałe i brawurowo zaśpiewane arie Haendla: dwie z opery Ariodante („Scherza infida, in grembo al drudo” oraz „Dopo notte, atra e funesta”) i jedna z opery Giulio Cesare in Egitto, słynny lament Kleopatry „Piangero la sorte mia”.

Program uzupełniały utwory orkiestralne, ściślej biorąc baletowe, z dzieł Jean-Philippe Rameau. W sumie miły wieczór, ale pozbawiony silnie emocjonujących wrażeń. Inaczej było na recitalu, którego bohaterem był słynny tenor peruwiański Juan Diego Florez. Pamiętam go doskonałe, gdy w 2000 roku wystąpił na scenie poznańskiego Teatru Wielkiego. Dyrektorowi Sławomirowi Pietrasowi udało się zaprosić orkiestrę i chór mediolańskiego Teatro alla Scala pod dyrekcją Riccardo Mutiego. 27-letni wówczas Flórez zaśpiewał rewelacyjnie w Stabat Mater Gioacchina Rossiniego. Potem słyszałem go nieraz m.in. w Salzburgu.

Specjalizował się w repertuarze Rossiniowskim, do którego predestynował go gatunek głosu – to typowy tenore leggiero – i fenomenalna technika koloraturowa. Po ponad 20 latach głos pozostał ten sam: mały wolumen, idealnie skoncentrowany dźwięk, co daje nośność, ładna barwa i fenomenalna technika. Był to recital ze wspaniałym pianistą, Vincenzo Scalera. Najpierw zabrzmiały trzy pieśni Schuberta: „Gesang (An Sylvia)”, „An die Musik” i „Staendchen aus Schwanengesang”. Wykonane z niezawodnym wyczuciem stylu. Następnie trzy jakże odmienne w charakterze, melancholijne pieśni Vincenza Belliniego, którego ktoś trafnie nazwał smętnym cyprysem pod rozsłonecznionym włoskim niebem.
W interpretacji Flóreza były i słońce i zaduma. Oto tytuły: „Malinconia, Ninfa gentile”, „Per pieta, bell’idol mio” i „La ricordanza”. Wreszcie dwie absolutnie brawurowe arie z oper Gioacchina Rossiniego”: Floreville’a „Deh! tu m’assisti, amore” z Il signor Bruschino oraz Idrena „La speranza piu soave” z Semiramidy. Po przerwie były trzy przepiękne i znowu trafnie, w odmiennym stylu, zinterpretowane pieśni Francesco Paolo Tostiego: „Sogno”, „Seconda mattinata” i „Aprile”. Następna aria to rozsławiona już przez Carusa „Angelo casto e bel”. Długo przypisywano ją Gaetano Donizettiemu, bo znalazła się w jego niedokończonej i po raz pierwszy wykonanej dopiero 34 lata po śmierci operze Il duca d’Alba.

Tymczasem Donizetti napisał dla bohatera tej opery, Marcella, inną arię: „Spirto gentil”, którą ostatecznie wobec problemów z wystawieniem Księcia Alby podarował bohaterowi innego swojego dzieła – Fernandowi w Faworycie. Natomiast utrzymaną całkowicie w stylu Donizettiego arię „Angelo casto e bel” skomponował jego uczeń, Matteo Salvi. Flórez nie jest oczywiście Carusem, Pavarottim czy Domingiem.

Śpiewa swoim niewielkim głosem, ale było to wykonanie pełne uczucia, bardzo piękne. I jeszcze dwie arie z oper, których Juan Diego Flórez pewnie w całości na scenie nie wykonuje, ale obie zaśpiewał rewelacyjnie. To aria Gastona „Je veux encore entendre ta voix” z opery Jerusalem Giuseppe Verdiego z dwoma wysokimi „c” oraz romanca Roberta „Torna ai felici di” z opery Le Villi Giacoma Pucciniego, oczywiście werystyczna w wyrazie. Publiczność szalała z zachwytu. I słusznie. Było aż sześć bisów, w tym trzy w których tenor sam akompaniował sobie na gitarze. Pieśni neapolitańskie, czarująco wykonane, a na koniec „Dein ist mein gangzes Herz” Su-Czonga z Krainy uśmiechu Lehára i nawet… „Nessun dorma”, czyli aria księcia Kalafa z Turandot Pucciniego. Niesamowity recital!
Piotr Nędzyński