Najnowsza premiera Teatru Żydowskiego przynosi uczucie niedosytu, głównie z powodu reżyserii Karoliny Kirsz. Przedstawienie Szosza oparte na wątkach powieści Izaaka Singera miało szansę być spektaklem poetyckim ale i wstrząsającym, bo traktuje o nastrojach sprzed zagłady, która wisi w powietrzu. Bohaterowie pragną „zanurzyć się na chwilę w rozkoszy, nim nie znikną na wieki” – tak napisano w programie.

Rzecz w tym, że owa rozkosz pokazywana jest w sposób mało elegancki i zbyt dosłowny. Z jednej strony kochanki pisarza Arona Greidingera, który błąka się po starej Warszawie, są dosyć zróżnicowane charakterologicznie, jest ideowa komunistka, jest niezrealizowana aktorka, mamy ciepłą pokojówkę i panią z dużymi pretensjami.

Z drugiej strony wybór, jakiego dokonuje dosyć bezbarwny playboy (Piotr Sierecki) wygląda kontrowersyjnie. Albo miała to być towarzyska prowokacja, albo próba ucieczki w dzieciństwo bohatera. Rozumiemy, że owa decyzja była mottem całego dramatu i nie należało jej do końca rozszyfrowywać, jednak przez większość przedstawienia obserwujemy dosyć sztucznie ukazane zmagania pisarza z kochankami.
Tego w spektaklu jest za dużo i w sumie jest on zbyt długi i nużący – trwa ponad dwie godziny bez przerwy. Nie wiadomo też po co włączono do niego dwie – ni przypiął ni przyłatał – piosenki. Również sama inscenizacja mocno kuleje.

Na niewielkiej scenie Warszawskiej Opery Kameralnej, która udzieliła gościny teatrowi, ustawiono trzy drewniane ławki, które mają „meblować” wszystkie miejsca akcji, a jest ich kilka, może nawet kilkanaście. Dziwne więc, że owe ławki są na scenie przesuwane bardzo oszczędnie, w zasadzie stoją wciąż w tym samym miejscu, co pogłębia wizualną monotonię.

Także projekcje multimedialne, w których głównym motywem jest sylwetka Adolfa Hitlera, zamiast złowrogiego robią wrażenie groteskowe. Jaśniejszym punktem spektaklu jest owa dosyć tajemnicza tytułowa Szosza, którą gra Małgorzata Majewska. To taki Kopciuszek wśród pozostałych dam pojawiających się na scenie, jednak nawet ta szansa ożywienia dramatu nie została właściwie wykorzystana. Wychodzimy z uczuciem zawodu.
Joanna Tumiłowicz