- Kogo Pani kocha bardziej - Bacha czy Haendla? Z takim pytaniem, nawiązującym do emisji spektaklu telewizyjnego Kolacja na cztery ręce, zwrócił się do Olgi Pasiecznik dziennikarz radiowej dwójki Marcin Majchrowski. Odpowiedź - „Bach ponad wszystko” - mogła zaskoczyć słuchaczy, tym bardziej, że wspaniała artystka tego wieczoru miała zaśpiewać Haendla. I zaśpiewała, pięknie, wspaniale, imponująco od początku do końca, świetnie przygotowana w najdrobniejszych szczegółach, nie wyłączając paradnej sukni.

Kościół św. Krzyża był wypełniony po brzegi. Wśród publiczności znalazła się również liczna grupa z Australii. Muzyka dawna, która po raz pierwszy zagościła na Festiwalu, została przyjęta gromkimi brawami. Występ otworzyła {oh!} Orkiestra Historyczna wykonaniem III Suity orkiestrowej J. S. Bacha, a kierująca zespołem Martyna Pastuszka zagrała pięknie słynną Arię na strunie g. Ta sama artystka pokazała też swoją klasę w Koncercie skrzypcowym g-moll Antonia Vivaldiego. Obie kompozycje instrumentalne trzeba było jednak potraktować jako rozgrzewkę przed występem śpiewaczki. Wybrała ona arie G. F. Haendla i G. B. Pergolesiego, w których dominował albo pierwiastek liryczny albo dramatyczny. Dla głosu Olgi Pasiecznik nie ma partytur zbyt trudnych, niewygodnych, nieciekawych. Potrafi ona z każdej muzyki zrobić arcydzieło, nawet z takiej, której nie stawia na piedestale i traktuje, tak jak Haendla, jako muzykę niemalże lekką, w dawnych czasach „rozrywkową”.
Interpretując utwory mistrzów baroku dodaje jednak od siebie tyle ekspresji, wewnętrznej pasji, że zachwyt publiczności przeradza się w serię bisów. Tak było i tym razem. W kolejnym dniu festiwalu Muzyka na szczytach publiczność została zaproszona do Centrum Tradycji i Turystyki w Kościelisku na wystawę „Twórcy Podhala”. Czy folklor góralski można jakoś zestawić ze sztuką baroku? Można, bo znajduję tutaj szereg pokrewieństw. W baroku, przynajmniej jego muzycznej odnodze, wszystko jest bliższe naturze, niż w sztuce wieków późniejszych. Niższy strój instrumentów pozwala lepiej panować nad głosem ludzkim.

Olga Pasiecznik stwierdziła, że gdy może daną arię zaśpiewać z niżej strojonymi instrumentami barokowymi czuje się tak, jakby dostała dodatkowy dopływ tlenu. Inną cechą jest możliwość improwizowania, czyli dodatkowego ozdabiania motywów ustalonych przez kompozytora. Ponadto barok tak jak i sztuka ludowa posiada zestaw tradycyjnych kanonów, ale ze swej natury musi być przystępny i zrozumiały dla odbiorców. Folklor, nawet ten tworzony współcześnie, też wywodzi się z natury, korzysta z naturalnych materiałów, stawia na pracę rąk ludzkich i ich wrodzone talenty. Wreszcie barok i folklor w sporej mierze bierze na warsztat tematy religijne i magiczne.

Takie refleksje towarzyszyły mi na wystawie „Twórców Podhala”, którą odwiedziłam ciągle jeszcze mając w uszach cudowny głos Olgi Pasiecznik. Tutaj przywitała mnie góralska kapela złożona z dwojga skrzypiec i basetli, instrumentów które w równym stopniu odbiegały swym brzmieniem, wyglądem i „oprzyrządowaniem” od typowych skrzypiec i „basów” w klasycznym zespole symfonicznym, co instrumenty {oh!} Orkiestry Historycznej. Pierwsze spojrzenia przyciągały oczywiście rzeźby w drewnie Andrzeja Bukowskiego „Palorza”, tradycyjne świątki, niekiedy pomalowane, ale w większości cieszące oko naturalną, jasną barwą szlachetngo drewna, w którym artysta tworzy postacie świętych, jakże przypominające figury w barokowych kościołach.
Góral z Kościeliska, który sam wygląda dzięki słusznej postawie i kręconym włosom opadającym na ramiona jak jakiś Harnaś z obrazów Stryjeńskiej, przyszedł na wernisaż w tradycyjnym stroju świątecznym, jak w tym folklorystyczym „baroku” jest przyjęte. Po góralsku ubrany był także znany artysta z Poronina, muzykant, rękodzielnik, jedyny, który na Podhalu rzeźbi w szkle Henryk Trebunia-Tutka. Podziwianie precyzji wykonania i słuchanie opowieści, jak bardzo trzeba uważać, by szyba podczas obróbki nie pękła i że żadnego omyłkowgo szlifu nie da się już wymazać pozwalało na sekundę wkroczyć w świat jego warsztatu. Ale było też zaskoczenie, bo gdy się spojrzało na jego prace wyrzeźbione na lustrze, to obok wykonanej misternie formy obrazka pojawiał się w odbiciu cały świat za nami.

Do mocnej stawki góralskiej dołączył też Julian Klamerus rodowity Zakopianin, który wszelako trochę krążył po świecie, jako etnograf po UJ, taternik, alpinista, jeszcze do tego przewodnik górski, poeta, malarz i grafik. Nie ukrywa, że w jego twórczości głównym motorem jest religia, ale wystawione w Kościelisku obrazy były prawdziwie zastanawiające, może wstrząsające, wyrażające boleściwość w najbardziej wyrafinowanej formie, szorstkie i chropowate, jak np. jego Pieta. Mnie bardzo przypadła do gustu praca namalowana na szkle młodej artystki z Bukowiny Tatrzańskiej Agnieszki Górkiewicz, która dała się uwieść tej artystycznej pasji już jako czternastoletnia dziewczynka.
Obrazki niby w tradycyjnym ludowym stylu, bardzo kolorowe, naiwne, ale niekiedy w swej formie artystycznej tak zwięzłe, świetnie zakomponowane, że przywodzące na myśl dzieła abstrakcyjne największych modernistów malarstwa europejskiego jak Kandinsky i Malewicz. A przecież to wszystko u Agnieszki było całkowicie naturalne, szczere, a nie wydumane.

Ekspozycję w Centrum Tradycji i Turystyki w Kościelisku zamykał też twórca bardzo oryginalny, Stanisław Łukaszyk „Cibiorz” z Białego Dunajca. Jego tworzywem jest naturalna skóra, z której wyrabia najróżniejsze tradycyjne w formie, ale bardzo wymyślne w wykończeniu torby, kierpce, pasy. Nabijane ćwiekami, opatrzone w tradycyjne wzory góralskie mogą konkurować na wystawach z obrazami czy rzeźbami. „Cibiorz” tak jak i „Palorz” czy Klamerus kultywują twórczość ludową od pokoleń I przenoszą ten obyczaj na młodych. Każdy z nich potrafi też zagrać, zaśpiewać, zatańczyć bo żywy wciąż na Podhalu folklor upowszechnia wykonawstwo artystyczne tak samo jak w czasach baroku czy klasycyzmu w krajach niemiecko-języcznych. Wtedy tam i teraz tu znalezienie brakującego skrzypka do orkiestry lub kwartetu nie było specjalnie trudne, wystarczyło przejść się po domach. Włączenie wystawy „Twórcy Podhala” do programu festiwalu Muzyka na szczytach jest więc przedsięwzięciem ze wszech miar słusznym, śmiałym, odkrywczym i nadającym imprezie nowy potencjał rozwojowy. Kolejna edycja festiwalu już dziś zakłada, że wystawa o podobnym charakterze odbędzie się w Poroninie, aktywizując i prezentując tamtejszych ludowych artystów i kierując uwagę publiczności koncertowej w inne, choć jakże bliskie muzyce regiony.
Joanna Tumiłowicz