Z pewnością wykonawcy czołowych ról w operze Jerzego Fryderyka Haendla Ariodante część swego sukcesu zawdzięczają mistrzowsko napisanej muzyce. Urodziwe głosy Olgi Pasiecznik i Kacpra Szelążka doskonale przygotowane emisyjnie spajały się w kilku duetach dzięki swej barwie, czystej i jasnej. Zjawiskowe były też niezwykle skomplikowane melodycznie arie obojga bohaterów opery, Ginevry i Ariodantego, bo tutaj kompozytor, zgodnie z barokową stylistyką włoskich oper udekorował melodie licznymi koloraturami, co zwykłym wykonawcom operowym sprawia nie lada trudności.

W konsekwencji słyszymy wymęczone nierzadko ha-ha-ha-ha, jednak w zespole Warszawskiej Opery Kameralnej takie przypadki raczej się nie zdarzają. Sopran Olgi Pasiecznik doskonale prowadzony wzbijał się bez wysiłku w górę i opadał w dół z niezwykłą naturalnością, swobodą i podbudowaną emocjonalnie dramaturgią. Głos artystki z biegiem lat nabrał prócz wrodzonej szlachetności, jeszcze cudownej głębi, co pozwoliłoby artystce na kreowanie także ról z repertuaru dramatycznego. Sprzyjają zresztą temu znakomite warunki sceniczne i talent aktorski. Z kolei kreacja Kacpra Szelążka również zasadzała się na naturalności emisji głosu, choć w przypadku sopranów męskich czy kontratenorów z reguły dominuje sztuczność, którą powoduje przejście z właściwego głosu na falset. Być może idealne zespolenie akustyczne Ginevry i Ariodantego wynikało właśnie z dopasowania wokalnego solistów, śpiewu niewymuszonego, falującego elastycznie, choć z drugiej strony perfekcyjnie trafiającego w dźwięki.
Bardzo pozytywnie zapisała się w pamięci pozostała czwórka wykonawców czołowych partii. Wielką sprawność intonacyjną i wysoką jakość sopranu wykazała Dagmara Barna w roli Dalindy. Jej emisja była bez zarzuru, choć od głosu Olgi Pasiecznik odróżniało ją pewne spłaszczenia w wysoko prowadzonych figuracjach koloraturowych. Pozytywne wrażenia pozostawił Jan Jakub Monowid, któremu przypadła partia czarnego charakteru, intryganta i uwodziciela. Jego kontratenor o ciekawej, nieco zamglonej, aksamitnej barwie niestety w wysokich partiach brzmi nieco ostrzej, co stawia go na drugiej pozycji w konfrontacji z Kacprem Szelążkiem. Tenor Wojciech Parchem oraz baryton Andrzej Klimczak dopełniali stawki na bardzo wysokim poziomie wokalnym i aktorskim, a napisana wokalnie, choć najeżona trudnościami muzyka Haendla na pewno dodała skrzydeł także ich kreacjom artystycznym.

Jako swoisty ewenement trzeba przyjąć, że przedstawienie obliczone na grubo ponad 4 godziny, w którym akcja nie jest szczególnie wyrafinowana ani skomplikowana, nie sprawia żadnych trudności w odbiorze i nie dłuży się. Z pewnością połowę sukcesu należy przypisać Władysławowi Kłosiewiczowi, kierownikowi muzycznemu, który od klawesynu dyrygował Zespołem Instrumentów Dawnych WOK i całym spektaklem, w którym brali jeszcze udział soliści i chór. Piękne zestrojenie instrumentów, żywe tempa, ale również przetykane częściami nostalgicznej zadumy i cierpienia, sprawiały, że nawet słuchanie muzyki z zamkniętymi oczami dawałoby mnóstwo satysfakcji.
Drugą połowę powodzenia Ariodantego bierze na siebie reżyser, ale także twórca scenografii Krzysztof Cicheński, człowiek mało jeszcze znany na gruncie warszawskim, ale obdarzony ogromną wyobraźnią i potencjałem twórczym. On to bowiem dostosował swoje działania reżyserskie do struktury muzycznej opery Haendla, w której zgodnie z barokową modą jest trochę fragmentów czysto instrumentalnych, jednak główną materię dzieła tworzą długie arie, z wieloma repetycjami i krótkie recytatywy popychające mozolnie akcję do przodu.

To co dla przeciętnego słuchacza byłoby trudnym do „wysiedzenia” i wymagającym cierpliwości egzaminem spożytkował jako budulec dla swojej inscenizacji. „Opóźnienia i odwleczenia” – napisał we wstępie do programu spektaklu – „są wielokrotnie ponawianą próbą zatrzymania chwili, by w pełni jej doświadczyć. [...] niepewność i chwiejność znaczenia wytwarzają suspens, nie odnoszący się do tego, co się dalej stanie w prezentowanej historii, tylko do tego, co dzieje się w nas samych”. Ten typ prowadzenia akcji wzbogacały jeszcze dosyć surowe animacje przedstawiające twarze głównych postaci dramatu prezentowane jako ilustracja do czysto instrumentalnych interludiów. Ich autorami byli Leszek Garstka i Maja Ziarkowska. Szkoda, że kostiumy zaprojektowane przez Julię Kosek niebezpiecznie balansowały na granicy kiczu, bo w tak wysublimowanym dziele muzyczno-scenicznym niebieskie rękawy obszyte czerwonawym sztucznym futerkiem można było potraktować jako średniej jakości żart. Inscenizację opery Haendla oddano w ręce ekipie przybyłej z Poznania, co z pewnością zaowocuje podróżą spektaklu do Grodu nad Wartą, ale z uwagi na muzyczne zalety przedsięwzięcia może ono zainteresować także publiczność innych ważniejszych centrów kulturalnych Europy.
Joanna Tumiłowicz