Akcja opery Jerzego Haendla Orlando nie ma większego znaczenia, sensu, ani tym bardziej morału. W istocie nie nadaje się dla dzieci, choć całość przedstawienia zarejestrował Narodowy Instytut Audiowizualny specjalnie dla szkół. Orlando kocha mocno i namiętnie każdą po kolei, jedną z nich i rywala nawet zabija, ale wszystko kończy się dobrze, umarli wstają i cieszą się.

Zupełnie inaczej z muzyką. Rówieśnik Bacha Janowi Sebastianowi nie dorównuje, ale i tak jest wielki. Jego dzieła można słuchać z zamkniętymi oczami, choć mamy tutaj reżyserię, kostiumy, dekoracje i rekwizyty. Wszystko skromne i raczej umowne. Gra aktorska śpiewaków na milę trąci sztucznością. Ale głosy piękne, czyste, dobrze postawione i dźwięczne. Orkiestra instrumentów historycznych Royal Baroque Ensamble gra z pasją i doskonale współpracuje z dyrygującą od klawesynu Lilianną Stawarz, zaś w trzeciej części duet dwóch violi d’amore to prawdziwy rarytas muzyczny.
Obsadę wokalną dobrano bardzo starannie. Do tytułowej roli zaangażowano podporę polskich kontratenorów Jana Jakuba Monowida. Śpiewa bardzo sprawnie zaś jego mocne tony w wysokich rejestrach wywołują owacje. Artysta bardzo się stara, by być przekonującym kochankiem, rycerzem i szaleńcem – pierwowzór postaci, to Orland Szalony – ale pomysły reżyserskie są tu dosyć banalne. Ciekawsze od gry scenicznej zaproponowanej przez Natalię Kozłowską są dekoracje i kostiumy Julii Skrzyneckiej. Projekty ubiorów Orlanda, Dorindy i Angeliki mogłyby wejść do krajowej kolekcji haute couture. Dobrze też służą spektaklowi światła Macieja Igielskiego. W roli jednej z kochanek Orlanda – Angeliki słuchamy sopranu Aleksandry Zamojskiej, na stałe mieszkającej w Salzburgu i rzadko koncertującej w Polsce. Bardzo ładnie prowadzi frazę, choć w pierwszym akcie jej głos wydawał się zbyt ostry. Równorzędną partnerką jest pasterka Dorinda w wykonaniu Dagmary Barnej, która jako jedyna wprowadza do spektaklu trochę nieskrępowanej prostoty i radości. Znienawidzonym konkurentem Orlanda, także zmieniającym obiekty swych uczuć, jest Medoro (Damian Ganclarski), zaś kierującym losami wszystkich bohaterów boskim Zoroastro stał się młody, dźwięczny bas-baryton z Warszawskiej Opery Kameralnej Artur Janda. Na scenie pojawia się jeszcze jedna kobieta, ponoć księżniczka, ale głosu z siebie nie wydaje.
Ciekawą inicjatywą stowarzyszenia Dramma per Musica, głównego producenta pierwszego polskiego przedstawienia Orlanda jest stworzenie obsady zastępczej (cover) wybranej spośród młodych śpiewaków, dla których stworzono specjalne przesłuchania, a także możliwość udziału w masterclass. Okazuje się, że do roli Orlanda i Medora poszukiwano zarówno mężczyzny jak i głosu żeńskiego i w rezultacie zastępczym Orlandem została kobieta. Był także konkurs na plakat. Spośród propozycji przygotowanych przez studentów ASP w Gdańsku wybrano projekt Anny Gawron, ciekawy, choć dosyć mroczny i nie oddający w pełni istoty opery Haendla, która miała oscylować między komedią, tragedią i opowieścią fantastyczną.
Joanna Tumiłowicz