Aby lekarstwo podziałało musi być używane zgodnie ze wskazówkami lekarza i nie wolno go przedawkować. Autorzy łódzkiej premiery Holendra tułacza na pewno nie przedawkowali z oryginalnymi pomysłami inscenizacyjnymi. Wszystko tutaj odbywało się „po bożemu”. Statek Holendra pojawił się nie wiadomo skąd, Senta już była od dawna oczarowana legendą o latającym żeglarzu i nieustannie wpatrywała się w jego podobiznę na obrazie. To nic, że przybysz w oryginale nie przypominał tego z obrazka.

Naiwnej dziewczynie wystarczyła sama nazwa. Jej tatuś z kolei oczarowany sowitą zapłatą za jeden nocleg sprzedałby nie tylko córkę, ale połowę swej przysypiającej załogi, gdyby ktoś ją chciał. Wszystko jednak popsuł namolny Eryk, który już od dawna upatrzył sobie Sentę. Ba, ona nawet mu to i owo obiecała, jak to naiwna dziewczyna. Wszystko zgodnie z rozkładem zmierza do smutnego końca. Może zbyt szybko i prosto, ale jak powiedziała pewna pani profesor obecna na premierze – choć reżyseria tej opery ma poziom świetlicowy, to człowiek wreszcie oddycha spokojnie, a nie denerwuje się jak na Holendrze w Warszawie, gdzie z prządek zrobiono dziewczęta z burdelu.
Pochwalić trzeba scenografię Dietmara Solta wspomagającego się sprytnie projekcją wideo płynącego statku, który w ostatnim momencie zamienia się w prawdziwe maszty i żagle spuszczone na linach ze sceny. Gorzej, bo bałaganiarsko wypadła natomiast ilustracja wideo towarzysząca uwerturze – te same chmury przesuwały się przez kilka minut nad spokojną wodą i zawracały, a potem ni stąd ni zowąd fale pryskały wodą.

Lepiej by było, gdyby Uwerturę grano przy spuszczonej kurtynie i dopiero na sam koniec pokazano zdjęcia piorunów i ogromnych fal, które zapowiadają początek opery. Na konto scenografa trzeba też przypisać wyjątkowo kiczowaty obraz, w który wpatruje się Senta – gdyby to jeszcze był jakiś landszaft marynistyczny, ale tutaj posłużono się chyba zwykłym plakatem z amerykańskiego filmu klasy C.

Są to wszystko drobiazgi, które nie zmieniają ogólnej oceny przedstawienia. Soliści niemieccy wypadli jako tako, Clemens Bieber w roli Eryka dawał radę, ale każdą frazę atakował nieprzyjemnym nosowym dźwiękiem. Jukka Rasilainen jako Holender miał głos mocny do końca. Najgorzej chyba poszło Sencie (Astrid Weber), która miała wyraźne problemy z wysokimi tonami, i te problemy nasilały się w miarę przebiegu akcji. Może była to niedyspozycja, która powodowała ewidentne błędy emisyjne.
Na tym tle jak gwiazdy wypadli soliści miejscowi. Bas Grzegorz Szostak jako Daland i tenor Dominik Sutowicz w roli sternika mogliby chyba zastąpić swych zagranicznych partnerów. Dominikowi nawet to proponowano, ale nie chciał przesadzić z eksploatowaniem swego głosu. Olga Maroszek, jako piastunka również pokazała co umie. Ponieważ solistom nakazano unikania zbędnych ruchów najbardziej dynamiczny okazał się chór Teatru Wielkiego. Każdy starał się zagrać jakąś postać, aby odwrócić uwagę od ślamazarnych bohaterów pierwszoplanowych.

Czasami swoboda chórzystów skutkowała spóźnieniem muzycznym, ale dla wyrobionego ucha najdziwniejsze były wejścia instrumentów dętych blaszanych, tak jakby panowie zapomnieli przygotować instrumenty do grania i nastroić je. Że do tego dopuścił dyrygent Eraldo Salmieri, dziwi jeszcze bardziej. W sumie do Łodzi, która przez krótki czas była traktowana jako stolica Polski, sprowadzono przedstawienie z bardzo prowincjonalnego festiwalu austriackiego. Czy to się opłaciło? Pewnie tak. Wagner jako lekarstwo na nerwy może uspokoić nawet wtedy, gdy podaje się go w dawkach niewielkich, choć nie homeopatycznych.

Premierze w Teatrze Wielkim w Łodzi towarzyszyły dwie wystawy: plakatów operowych z kolekcji Adama Czopka „Verdi i Wagner, giganci teatru muzycznego”, oraz bardzo rzetelny wybór fotografii wykonanych podczas dziesiątków przedstawień przez Juliusza Multarzyńskiego – „Ryszard Wagner na polskich scenach”.
Joanna Tumiłowicz