Muzyka
Mieszysława Weinberga jest umiarkowanie nowoczesna. Choć nie ma takiej siły i brutalności jak jego przyjaciela Dymitra Szostakowicza, to jednak urzeka swoim umiarem i wyrafinowaniem. Sama opera Potrtet wg Gogola fabularnie może przywodzić na myśl Fausta Goethego, zaś motywicznie jest rodem z Borysa Godunowa.

Jest to bowiem historia o zaprzedaniu duszy złowrogiej sile, która stylistycznie wyraźnie odwołuje się do kolorytu rosyjskiego, ludowej pieśni, czastuszek i romansów. Pierwsza piosnka (aria) o ognikach i kuleczkach, która w trakcie trwania spektaklu przewija się kilkakrotnie i w końcu podsumowuje przedstawienie, daje szansę zabłysnąć Piotrowi Friebe, który śpiewa ładnym lejącym się głosem lirycznym tenorowym. Muzyka jest więc skomponowana przez twórcę, który szanuje głos, układa frazy wokalnie i tak, aby można było zrozumieć tekst. W operze Portret jednak nie przewidziano chóru.
Inscenizacja dzieła Weinberga przygotowana przez Teatr Wielki z Poznania i zaprezentowana gościnnie w Warszawie pozwala podziwiać twórczą robotę reżysera Davida Pountney'a. Choć w sumie była to adaptacja wcześniejszego brytyjskiego spektaklu -(dokonana przez Anelię Kadievą) to zawiera ona szereg znakomitych pomysłów.

Sposób odczytania libretta dostosowany został do realiów ZSRR i cały dramat wyjałowienia talentu zdolnego malarza doskonale wpasowuje się w epizod socrealizmu w praktyce niszczący wiele twórczych indywidualności i dający szansę artystycznym miernotom.

Pountney świetnie wykorzystał nawet tekst piosnki o ognikach, aby w identyczych portretach Jóżefa Stalina na skinienie Latarnika zapalały się oczy (pary żarówek). Fantazyjnych pomysłów reżysersko-scenograficznych jest w tej operze wiele. Inspektor policji (Rafał Korpik) wjeżdża na scenę na wózku stylizowanym na taczankę, miejscowi dygnitarze chodzą na wysokich koturnach i od dwie głowy przewyższają nieszczęsnego, zniewolonego artystę, który oczywiście przed nimi się wyraziście płaszczy.
Tutaj bardzo dobrze zapisała się głosowo Monika Mych-Nowicka. Wysoką klasę wokalną i sceniczną swobodę zaprezentował Stanisław Kuflyuk, który kreuje aż pięć różnych postaci, marszanda, kamienicznika, dziennikarza, profesora i hrabiego. Środkami scenograficznymi zaprojektowanymi przez Dana Potrę odtworzono niemalże bajkowy jarmark w Petersburgu, zaś muza artysty Czartkowa pojawiająca się w samej męskiej koszuli wywołuje jego pożądanie rzucając mu na przynętę swoje szykowne czerwone szpilki. Scena ubożeje w miarę rozwoju akcji.

Malarz Czartkow umiejętnie wykreowany aktorsko przez Jacka Laszczkowskiego, występuje w przedstawieniu niejako w trzech postaciach. Najpierw artysta występuje jako biedny, długowłosy przedstawiciel cyganerii, który nagle doznaje wzbogacenia, później jest ostrzyżonym i umundurowanym pretorianem bezwględnej władzy, wreszcie starym, schorowanym, zgorzkniałym, znarkotyzowanym i wyjałowionym twórcą, który w zamyśle autorów przedstawienia miałby być ucharakteryzowany na Andy Warhola.
Odniesienia do realnych postaci ze świata sztuki nie zawsze jednak są czytelne, mogą być identyfikowane dopiero po przeczytaniu, czy wysłuchaniu odpowiedniego komentarza, nie zmniejsza to jednak wizualnej atrakcyjności spektaklu.

Pewną zagadką jest głos Jacka Laszczkowskiego (Czartkowa - głównego bohatera opery). Zaczynał on swoją karierę jako niezły tenor. Później stał się kontratenorem śpiewającym falsetem. Obecnie znów jest tenorem, który jednak doskonale brzmi jako baryton, jego niskie tony są ciepłe i jędrne zarazem. Jednak gdy wchodzi w wysokie rejestry śpiewa wyłącznie forte wyraźnie cofając głos i siłując się.

Taka praca głosem powoduje, że w końcówce opery nieco chrypnie. Śpiew głównego bohatera trzeba więc traktować raczej jako charakterystyczny. W Warszawie operą, którą muzycznie przygotował Tadeusz Kozłowski, dyrygował chyba trochę zbyt ospale Daniel Chmura. Przedstawienie szło przy pełnej widowni tylko jeden raz i podobało się. Faktem zastanawiającym był skład publiczności. Bardzo dużą część słuchaczy stanowili ludzie młodzi.
Joanna Tumiłowicz