Przegląd nowości

Opowieść nowojorska

Opublikowano: poniedziałek, 06, październik 2014 23:58

„Anioły z Ameryki”, opera Pétera Eötvösa według sztuki Tonyego Kushnera (premiera polska w Operze Wrocławskiej 3 października 2014 na inaugurację IV Festiwalu Oper Współczesnych), przywołują czasy beztroskiej rozwiązłości po rewolucji obyczajowej lat sześćdziesiątych (hasłem było „Raj natychmiast” od tytułu głośnego przedstawienia Living Theatre, a w filmie Antonioniego „Zabriskie point” w scenie miłosnej ekstazy w Dolinie Śmierci dziesiątki par uprawiało miłość), kiedy nadciąga dopiero fatum w postaci pierwszych przypadków epidemii AIDS, dotykającej jednego z bohaterów – Priora (bohaterski baryton David Adam Moore). W tle pojawia się też apokaliptyczna katastrofa jądrowa w Czarnobylu. Czasy, kiedy nie znano jeszcze słowa gej, posiadającego w swym zakresie znaczeniowym zarówno pojęcie odnoszace się do „wesołości”, jak i „rozpustności”.

Anioly w Ameryce 430-142

Bohaterowie są pochodzenia żydowskiego, stąd na wstępie przywołany zostaje rabin Chemelwitz (w tej partii świetna Dorota Dutkowska, dysponująca lekkim sopranem koloraturowym) i wygłaszany przezeń kadisz, czyli modlitwa za zmarłych, skądinąd jeden z najefektowniejszych ustępów opery, odwołujący się do bogatej kolorystyki melizmatycznej, choć niekoniecznie związanej z muzyką synagogalną.


To także postać ducha Ethel Rosenberg, nawiedzającej cierpiącego również na AIDS Roya Cohna, zapiekłego konserwatystę i wroga wszelkich mniejszości, który swego czasu przyczynił się do jej skazania i stracenia. W końcu zaśpiewa mu jednak starą żydowską kołysankę, czyżby na znak przebaczenia? Postać Cohna wprowadzona zostaje w chwili, gdy w szczytowym momencie swojej politycznej kariery przeprowadza on liczne rozmowy telefoniczne, zakulisowo pociągając za nici politycznych intryg, co znajduje błyskotliwy wyraz w postaci zilustrowania odgłosów jego rozmówców za pomocą onomatopeicznych efektów wokalnych oraz instrumentów dętych.

Anioly w Ameryce 430-3

Przeciwstawione im zostaje środowisko mormonów, purytańskich neoprotestantów, którzy zakazali na stanowym uniwersytecie noszenia przez studentów szortów, by nie wodzili na pokuszenie swoich koleżanek, nie wspominając o kolegach... Jest nim pewne małżeństwo, z którego mężczyzna uświadamia sobie swą autentyczną orientację i będzie starał się ją ujawnić wobec najbliższych – żony i matki – a więc dokonać outingu, kolejnego pojęcia wówczas jeszcze nieznanego. Los zetknie go z Louisem (jego partię śpiewa węgierski tenor liryczny Gyula Rab), partnerem Priora, który w chwili próby nie sprosta wyzwaniu i go porzuci, a natrafią oni na siebie, krążąc („Krążenie” czyli „Cruising” to z kolei tytuł filmu Williama Friedkina z tamtych lat, poświęconego tej tematyce i środowisku) po nowojorskim Central Parku w poszukiwaniu przygodnego kontaktu. Sztuka Kushnera, a za nią opera, łaczą warstwę obyczajową z metafizyczną, przy czym ta ostatnia, zgodnie z duchem epoki, przywołana jest przy pomocy środków halucynogennych (uzależniona od walium Harper, żona Joego – pamiętajmy że Timothy Leary wynalazł wtedy LSD, mające wspomagać rejony mózgu, odpowiedzialne między innymi za doznania nadnaturalne, a więc i religijne). Stąd wiele scen rozgrywa się jednoczesnie na dwóch, a nawet trzech planach, a także na pograniczu jawy i snu.


Tytułowe anioły, których głowy zdobią orle skrzydła z amerykańskiego godła, biorą w swoje ręce, a może raczej skrzydła, losy świata i ludzkości, odkąd Bóg je porzucił, zniechęcony być może skutkami swego aktu kreacji (do których należy też holocaust, choć o tym nie ma mowy, ale tłumaczyłoby to jego nieobecność w gettach i Oświęcimiu), za co zostaje obciążony odpowiedzialnością. Uniesienia mistyczne bardzo często łaczą się z erotycznymi, a te ostatnie bywają sposobem wyrażania tych pierwszych. Psychoanalityk Wilhelm Reichstworzył nawet teorię, iż w chwili osobniczego orgazmu wyzwala się kosmiczna energia orgone. W operze, w drugim akcie, podczas spotkania Priora z tytułowym Aniołem, ten pierwszy doświadcza szczytowania.

 Anioly w Ameryce 430-136

Niestety, w muzyce nie ma w tym momencie orkiestrowego fajerwerku, który oddawałby stan doznań bohatera, jak to się dzieje się w niektórych utworach Skriabina, kiedy rosnące napięcie eksploduje w niebywałej kolorystyce instrumentalnej. Czy jak w scenie miłosnego zbliżenia pomiędzy Katieriną i Siergiejem w „Lady Makbet mceńskiego powiatu” Szostakowicza, kiedy muzyka wręcz je ilustruje za sprawą rytmu, a ówcześni krytycy radzieccy nie byli dalecy od prawdy, gdy małodusznie wytykali kompozytorowi bardziej ze względów politycznych muzyczną pornografię (na ogół wszelkie biurokratyczne dyktatury teokratyczne oraz ideologiczne represjonują ciało i seksualność, obawiając się związanej z nimi spontaniczności), tyle że genialną.


Tego wszystkiego nie ma w muzyce Eötvösa i musimy uwierzyć bohaterowi na słowo, dosłownie, gdyż zawiera się to wyłącznie w jego werbalnej wypowiedzi. Połączenie wspomnianych sfer jest nieco pretensjonalne i w złym guście, na miarę wyobrażeń z kręgu New Age i związanej z nim pop kultury. We wrocławskiej inscenizacji przybiera postać rozświetlonych stopni music-hallu, na których pojawiają się ikony amerykańskiej sztuki z tego kręgu (udało mi się rozpoznać jedynie mistrza olimpijskiego w pływaniu Marka Spitza oraz Gene’a Kelly), przy czym wydaje mi się, że ten efekt powinien pojawić się raz i na krótko, być może jako rodzaj apoteozy, najlepiej finałowej, by wywołać pioronujące wrażenie.

Anioly w Ameryce 430-155

Wielokrotnie powtórzony i dłużej utrzymany, bardzo szybko się opatruje i wyczerpuje swą moc, a poza tym obnaża całą swą kiczowatość, choć w sztuce ponowoczesnej to pojęcie ponoć się całkowicie zdezaktualizowało i nie ma już dla niego miejsca. Dotyczy to także grafomańskich, pseudopoetyckich porównań, licznie pojawiających się w samym tekście. W wyświetlanym polskim tłumaczeniu ocenzurowano wszelkie werbalne obscena, wykropkowując je, jakby od dawna nie stanowiły one integralnego składnika literackiej ekspresji, a na dodatek padają one w śpiewie, a więc nieco śmieszy to przesadne asekuranctwo. Bardzo powściągliwa, by nie powiedzieć lękliwa, jest również strona inscenizacyjna (reż. András Almási Tóth, dek. Krisztina Lisztopad, kost. Małgorzata Słoniowska). Jest ona ściśle „zamajtkowana” i bynajmniej nie mam na myśli, iż postacie często występują w bieliźnie, obscenizm bowiem nie musi polegać na stopniu obnażenia, ale ogólną atmosferę pruderyjnej powściągliwości.


Mogłoby się wydawac, że ta opowieść wymaga drapieżności, a nawet drastyczności, gdyż nie jest budującą przypowieścią przeznaczoną dla pensjonarek i ministrantów. Ale po prawdzie sama muzyka nie uzasadnia większej śmiałości w tym względzie, pozostając doskonale nijaką, czy jakby to określił Robert Musil „bez właściwości”, choć napisana ręką wytrawnego rzemieślnika, który doskonale opanował swój warsztat. Swiadczy o tym chociażby scena ansamblu tytułowych aniołów pod koniec II aktu, kiedy przywołana zostaje katastrofa w Czarnobylu, a utrzymana w formie misternego kontrapunktu.

Anioly w Ameryce 430-82

Twórczość muzyczną Eötvösa cechuje polistylistyczność, a więc odwołania do różnych technik oraz estetyk muzyki nowoczesnej. Niestety, prawie całkowicie pozbawiona jest pierwiastka dramatycznego. Operuje przede wszystkim instrumentalną barwą, wydobywaną z rozbudowanego składu orkiestrowego, w którym szczególnie ważną rolę odgrywa perkusja. Efekty te uzyskuje między innymi za sprawą rozszerzonej artykulacji, na przykład za pomocą smyczka z marimbofonu.


O wiele bardziej zdecydowanie zabrzmiała ona pod dyrekcją Christiana Schumanna niż pod batutą samego kompozytora podczas pierwszego przedstawienia. Może wynikało to z faktu, że ten pierwszy miał okazję dłuższej pracy z orkiestrą, podczas gdy autor odbył tylko kilka prób przed samą premierą. Schumann potrafił wydobyć więcej kontrastów z tej partytury, zarówno w odniesieniu do samego brzmienia jak i większego zróznicowania dynamicznego. Zgodnie z amerykańską praktyką, znaną chociażby z występów Kronos Quartet, sięgnięto po sztuczne nagłośnienie, mimo że przedstawienie grane jest w standardowym wnętrzu teatralnym.

Anioly w Ameryce 430-94

Śpiewacy wykonują na ogół po kilka ról. Na przykład Małgorzata Godlewska, będąca mezzosopranem o głębokim zabarwieniu, pojawia się zarówno jako Harper, żona Joego, jak i w roli Ethel Rosenberg. Zjawiskowy jest też kontratenor Łukasz Dulewicz, który odtwarza role posłańców: agenta biura turystycznego, pielęgniarza przeprowadzającego chorych na drugą stronę egzystencji.

Anioly w Ameryce 430-119

Należy jednak wyrazić satysfakcję, że dzięki Operze Wrocławskiej polska publiczność mogła zapoznać się z dziełem znanego obcego kompozytora zaledwie w dziesięć lat od jego powstania, choć pamiętać należy o polskich zaległościach w tym względzie. Na przykład od lat czekają na swoje pełne polskie premiery sceniczne ogniwa przełomowego dla tego gatunku cyklu Karlheinza Stockausena „Światło. Siedem dni tygodnia”...

                                                                  Lesław Czapliński