Otto Nicolai (1810-1849) należy do tej generacji kompozytorów, których uważa się za spadkobierców Carla Marii von Webera. Ojciec Nicolaia był zawodowym muzykiem i pragnął uczynić z syna tzw. cudowne dziecko, toteż nic dziwnego, że młody, bo zaledwie szesnastoletni Otto wyrwał się spod kurateli zbyt ambitnego rodzica, uciekając do Stargardu. To własnie tam bogaty meloman dostrzegł jego talent i ułatwił studia muzyczne w Berlinie, gdzie Nicolai utrzymywał się z lekcji śpiewu jako członek Zelter’s Singakademie.

W tym czasie nawiązał serdeczne kontakty z rodziną Mendelssohna i podobno brał nawet udział w wykonaniu Pasji wg św. Mateusza, śpiewając partię Jezusa. W latach 1833-1836 pełnił funkcję organisty w ambasadzie pruskiej w Rzymie, jednocześnie doskonaląc swą wiedzę z zakresu kontrapunktu. Po krótkim pobycie w Wiedniu, gdzie został zaangażowany jako Kapellmeister w Hoftheater, powrócił do Włoch. Jego pierwsza opera Enrico II, wystawiona w Trieście, poniosła klęskę, zrównoważoną później premierą Il Templario, zaprezentowaną tym razem w Turynie. Po paru sukcesach, i porażce opery Il proscrito, Nicolai opuścił Włochy i zajął stanowisko Kapellmeistra w Operze Wiedeńskiej.
Stojąc na czele orkiestry tego teatru prowadził bardzo cenione serie koncertów symfonicznych, które doprowadziły do powstania słynnego zespołu Filharmoników Wiedeńskich. W związku z wynikającymi z kontraktu zobowiązaniami wobec wiedeńskiego teatru napisało operę Wesołe kumoszki z Windsoru (według noszącej ten sam tytuł komedii Szekspira i do libretta Hermanna von Mosenthala), a po odrzuceniu tej pozycji przez administrację Opery Wiedeńskiej ostentacyjnie opuścił to miasto.

Ostatecznie prapremiera nowego dzieła odbyła się w 1849 roku w Berlinie, zaledwie dwa miesiące przed przedwczesną śmiercią kompozytora, i zakończyła się zaskakującą porażką. Z czasem jednak podbijała główne sceny świata i paradoksalnie to właśnie dzięki tej operze Nicolai przeszedł do historii sztuki lirycznej, chociaż od roku 1893 jej sławę zaczęło spychać w strefę cienia powstałe na podstawie tego samego szekspirowskiego tekstu dzieło Verdiego: Falstaff. Owa niekorzystna dla Nicolaia sytuacja trwa zresztą do dnia dzisiejszego, gdyż nowe inscenizacje Wesołych kumoszek z Windsoru można wciąż jeszcze liczyć na palcach jednej ręki.

Jest to tym bardziej niezrozumiałe, że mamy tutaj do czynienia z jedną z najlepszych oper buffa, jaka powstała w Niemczech w XIX wieku. Wynika to zapewne z tego, że Nicolai funkcjonował i żył jednocześnie w dwóch najważniejszych wówczas kulturach: niemieckiej i włoskiej.
Wystarczy zresztą odwołać się do słów samego kompozytora, który w swoim eseju napisał następujące słowa: „Niemiecka muzyka liryczna zawiera za dużo filozofii, a niewystarczająco dużo muzyki. Natomiast włoska muzyka liryczna zawiera wystarczająco dużo muzyki, ale nie dość filozofii. Czyżby naprawdę było niemożliwe połączenie tych dwóch imperatywów?”. Powiedzmy od razu, że Nicolaiowi się to udało w zaiste mistrzowskim stylu. W jego oryginalnej operze harmonijnie współistnieją włoska lekkość i naturalność z odwołującą się do najlepszych niemieckich tradycji orkiestracją.

Aby się o tym przekonać, należało się wybrać do Opery w Lozannie, której dyrektor reżyser Eric Vigié wpadł na świetny pomysł zakończenia bieżącego sezonu tą prawie nieobecną na innych scenach pozycją. Stojący na czele Orchestre de Chambre de Lausanne Frank Beermann, pełniący aktualnie funkcję dyrektora muzycznego Opery w Chemnitz, umiejętnie podkreśla tę równowagę obu stylów, która pozwala idealnie charakteryzować poszczególne postaci i rozmaite zawirowania akcji, a takze cieszyć się bogatą orkiestracją partytury oraz tchnącym z niej humorem. Kapelmistrzowski polot Beermanna daje już o sobie znać w uwerturze, kiedy to zainicjowana w niskich partiach smyczków i szeroko prowadzona, uroczysta i bukoliczna melodia (przywołująca styl Webera, Mendelssohna czy J.Straussa) kontrastuje z błyskotliwym i typowo germańskim z ducha allegro vivace.
Podziwiać też można bezbłędną współpracę dyrygenta z wyjątkowo trafnie skompletowaną obsadą wykonawczą, w której dominuje rumuńska sopranistka Valentina Farcas w roli Pani Fluth, imponująca wirtuzowskim zacięciem i selektywną koloraturą, zaraźliwą vis comica i żywym temperamentem. Jej godną partnerką jest kreująca rolę Pani Reich szwajcarska artystka Eve-Maud Hubeaux, dysponująca soczystym jak dojrzały owoc mezzosopranem i nieprzeciętną osobowością sceniczną.

Uwagę przykuwają też Michael Tews, który w naszpikowanej licznymi recytatywami partii Sir Johna Falstaffa eksponuje walory swego basa na tle zdominowanej przez waltornię i harfę materii orkiestrowej, oraz dwaj wodzeni za nos mężowie wspomnianych wyżej autorek spisku: Pan Fluth i Pan Reich, ucieleśniani przez Olivera Zwarga i Benoît Capta.

Ponadto podobają się sopranistka Céline Mellon jako Anna Reich, niezwykle na scenie aktywny Stuart Patterson w roli zalotnika Spärlicha i Sacha Michon jako Doktor Cajus. Zaś śpiewający z dużą wrażliwością partię Fentona Attilio Glaser oczarowuje wzorcowo interpretowaną romanzą z drugiego aktu: „Horch, die Lerche singt...”, pozbawioną przez kompozytora wirtuozowskich popisów, wszak będącą jasno świecącym klejnotem sztuki belcanta. Wreszcie duże owacje przypadają w udziale odgrywającemu tutaj ważną rolę i porywającemu zbiorową muzykalnością chórowi, przygotowanemu przez Véronique Carrot.
Młody francusko-niemiecki reżyser David Hermann (laureat międzynarodowego konkursu reżyserii i scenografii w Grazu w 2000 roku) przenosi akcję tej trzyaktowej opery komicznej Otto Nicolaia do lat siedemdziesiątych minionego wieku. W ten sposób obie sąsiadki: Pani Fluth i Pani Reich zawiązują swój sprytnie obmyślany spisek przeciwko Falstaffowi w...barze (doskonała scenografia Rifaila Ajdarpasica i sugestywne stroje autorstwa Ariane Isabell Unfried) przy wielokrotnie im serwowanych lampkach szampana.

Zaznaczyć trzeba, że Hermann odważył się na skreślenie zawartych w oryginale dialogów, a na ich miejsce wstawił również mówione scenki (po francusku) z udziałem wprowadzonej do tej inscenizacji postaci Psychoterapeuty, powierzonej z niebywałym powodzeniem szwajcarskiemu aktorowi Jean-Lucowi Borgeat. To właśnie do niego przychodzą na zajęcia terapeutyczne przeżywający kryzys (z powodu chorobliwych kryzysów zazdrości Pana Fluth) małżonkowie Fluth. Bowiem organizujący całą dramaturgię opowiadanych zdarzeń pomysł reżysera polega na spojrzeniu na psychologiczną motywację działań kolejnych protagonistów poprzez metodę psychanalizy.
Dlatego Falstaff jest tutaj pokazany nie tyle jako realny bohater, lecz raczej jako rodzaj fantazmu czy może obiekt rozbudzonych nagle u sfrustrowanych nudą banalnego życia kobiet ukrytych do tej pory pragnień i pożądań. Zapewne tym brakiem ostatecznego określenia kim jest naprawdę Falstaff trzeba tłumaczyć fakt, że kreujący tę postać solista przez znaczną część spektaklu występuje za skrywającą go zasłoną. Jak pisze w książeczce programowej David Hermann: „każdy siebie odsłania poprzez swego Falstaffa i wkracza razem z nim w tajemnice szekspirowskiego świata”. Tak więc owa doskonała realizacja Wesołych kumoszek z Windsoru nie tylko dostarcza beztroskiej zabawy, ale również może się stać zachętą do snucia różnych refleksji.

Na zakończenie warto się jeszcze przyjrzeć ciekawie jak zawsze zaplanowanemu przez dyrektora Opery w Lozannie sezonowi 2014-2015. Oprócz trzydziestu koncertów, Eric Vigié przygotował dla swojej wiernej publiczności siedem produkcji operowych. Olga Peretyatko zaśpiewa po raz pierwszy partię Traviaty, Anne-Catherine Gillet zadebiutuje w Lozannie rolą Manon, zaś Anna Bonitatibus - w Tancredi Rossiniego. Operowi goście będą ponadto mieli okazję obejrzeć Czarodziejski flet w inscenizacji nieżyjącego już Peta Halmena, pod dyrekcją Diego Fasolisa i z udziałem włoskiej sopranistki Grazii Doronzio w partii Paminy. Z kolei z okazji siedemdziesiątej rocznicy śmierci Antoine’a de Saint-Exupéry Eric Vigié zaprasza na światową kreację opery Mały książę Michaëla Levinasa, przygotowaną w koprodukcji z Grand Théâtre w Genewie. Wreszcie polskiego melomana z pewnością zainteresuje druga przewidziana na najbliższy sezon prapremiera. Chodzi tu o napisaną przez japońskiego kompozytora Daïa Fujikure (ur. 1977), na podstawie powieści Stanisława Lema, operę Solaris, w której wykonaniu weźmie udział - po raz pierwszy w kanale Opery w Lozannie - Ensemble intercontemporain oraz gwiazdy baletu: Saburo Teshigawara i Nicolas Le Riche. I tak oto po słynnych filmach Andreïa Tarkovskiego i Stevena Soderbergha, powieść science-fiction polskiego pisarza staje się inspiracją do powstania dzieła sztuki lirycznej. Na pewno nie można tego wyjątkowego wydarzenia przegapić.
Leszek Bernat