Siłą najnowszej inscenizacji tej pięknej opery epoki belcanta jest jej poziom muzyczny i w większości świetne kreacje wokalno-aktorskie. Słabością niespójna i naiwna reżyseria Anette Leistenschneider, która nie bardzo potrafiła się zdecydować czy chce zrobić tradycyjną inscenizację, czy nowoczesne przedstawienie. W obu przypadkach zabrakło konsekwencji, a przede wszystkim umiejętności ewentualnego łączenia tradycji z nowoczesnymi środkami wyrazu.

W efekcie przestawienie ginie w gąszczu niepotrzebnych gestów i sztucznych sytuacji. Razi też brakiem jednorodnej stylistyki, szczególnie w kostiumach. Swoistym kuriozum jest scena z kukłą-wisielcem otwierająca pierwszy akt. Podobnie jak finał sceny obłędu Łucji, która zamiast umrzeć – jak chce libretto z wyczerpania i obłędu – rżnie nożem przedramię robiąc sobie „sznyty”. Równie dziwaczna jest scena pojedynku Ashtona z Edgarem, panowie zamiast pojedynku na szpady machają sobie przed nosem niewielkimi kordzikami. Zresztą rekwizyty to osobna bajka, budząca sporo pytań. Atrybutem Edgara stała się wyciągnięta z za fontanny walizka, a Ashtona szpicruta. Pytanie – co z tego wynika? – pozostaje bez odpowiedzi.
Na szczęście można się w tym przedstawieniu poddać urokowi włoskiego belcanta, a przyznać należy, że w tym względzie znakomicie spisują się obie obsady (drugą oglądałem na próbie generalnej). Bohaterką premierowego wieczoru była bez wątpienia Aleksandra Kubas-Kruk w partii tytułowej Łucji. Młoda śpiewaczka precyzyjnie, a zarazem subtelnie, kreśliła obraz zakochanej dziewczyny, którą miłość doprowadziła do tragicznego finału.
Płynne legato, precyzja koloraturowych pasaży szły w parze z dobrze wyważoną dynamiką i subtelnie brzmiącymi pianami. Jej kreacja budowana właściwą dramaturgią oraz ekspresją miała odpowiednie napięcie emocjonalne i siłę wyrazu. Odbierało się ją jako autentycznie prawdziwą.

Koloratura nie była w jej przypadku czystym popisem technicznej sprawności, ale służyła pogłębieniu – i dopełnieniu – dramatu głównej bohaterki. Czego najpełniej dowiodła w wielkiej scenie obłędu Il dolce suono, sprawiając, że widownia wręcz zamarła z wrażenia. To był prawdziwy majstersztyk aktorsko-wokalny, a zarazem piękny popis czystego belcanta, co w naszych teatrach nie jest zbyt częste.
Opera Wrocławska dysponuje dla tej partii jeszcze jedną świetną śpiewaczką, to Joanna Moskowicz.Miałem okazję oglądania jej i słuchania na próbie generalnej, Ta kreacja miała równie świetną dynamikę, właściwą dramaturgię i doskonale budowane napięcie emocjonalne. Dla kreacji obu Pań warto się na to przedstawienie wybrać!

Aleksandrze Kubas dzielnie dotrzymywał kroku obdarzony mocnym o wyrównanym ciemnym brzmieniu barytonem Mariusz Godlewski, w partii jej okrutnego brata. Stworzył przekonywujący obraz twardego, a jednak chwilami pełnego wątpliwości i wyrzutów sumienia, Lorda Ashtona. Jego interpretacja sprawiła, że była to postać pełna pasji i determinacji w zmierzaniu do upragnionego celu. Do pełnego sukcesu premierowego przedstawienia zabrakło niestety, dobrego wykonawcy roli nieszczęśliwego Edgara. To co zaprezentował w tej partii Nikolay Dorozhkin nie do końca mi odpowiadało. Był co prawda przekonywujący aktorsko, ale wokalnie niestety nie! Jego matowy, pozbawiony większego blasku głos nie bardzo radził sobie z trudnościami tej partii, szczególnie w górze skali. Zdarzały się też nieczystości intonacyjne.
W całej kreacji zabrakło umiejętności budowania dramatycznego napięcia oraz swobody i naturalnej elegancji w prowadzeniu belcantowej frazy. Tomasz Szreder przy dyrygenckim pulpicie prowadził orkiestrę z precyzją i wyczuciem proporcji brzmienia wobec głosów śpiewaków, a przede wszystkim zrozumienia specyfiki belcantowej frazy oraz wewnętrznej dynamiki i przejrzystości brzmienia orkiestry.

Budował też konsekwentnie narastający w muzyce dramat. Świetnie pod jego batutą wypadł słynny sekstet Chi mi frena in tal momento z II aktu, gdzie kunsztownie splatają się wściekłość Edgara, ból i rezygnacja Łucji, skrucha Ashtona, przerażenie Rajmunda i Artura oraz współczucie Alicji.

Zresztą sceny ansamblowe były jedną z najmocniejszych stron premierowego przedstawienia. Na osobne słowa uznania zasłużył sobie tym razem, znakomicie, pod każdym względem, śpiewający chór przygotowany przez Annę Grabowską-Borys.
Adam Czopek