Pomysł teatralizacji jednej z najbardziej znanych kompozycji twórcy dodekafonii Arnolda Schönberga trzeba uznać za świeży i interesujący, choć samo dzieło powstało ponad 100 lat temu. Czas jednak w niczym nie uszczknął z jego nowatorstwa, choć inscenizacja Natalii Kozłowskiej stara się odnosić do realiów epoki dawno minionej. Także kostiumy zaprojektowane przez Martynę Kander, a także wyrafinowany makijaż i charakteryzacja wszystkich wykonawców, kierują naszą wyobraźnie w stronę retro. Natomiast multimedialna animowana scenografia wygenerowana przez Olgę Warabida, przez cały czas tworząca plastyczne tło dla przedstawienia, wydaje się być dobrze skorelowana z nastrojem muzyki i treścią poszczególnych „melodramatycznych” scenek. O ile warstwa wideo jest całkowicie abstrakcyjna i asemantyczna, o tyle zadania aktorskie oddają treść poszczególnych pieśni cyklu „Pierrot lunaire”, czasami nawet zbyt dosłownie, np. w pieśni „O szubienicy” czy „Madonna”, w której para głównych wykonawców prezentuje parafrazę „żywego obrazu” inspirowanego słynną Pietą Michała Anioła.
Bardzo solidnie przygotowana jest warstwa muzyczna. Zespołem złożonym z fortepianu, fletu, klarnetu skrzypiec, altówki i wiolonczeli dyryguje Rafał Kłoczko. Sam cykl 21 pieśni „Księżycowego Pierrota” wykonywanych w przepisowej kolejności poprzedzony jest kilkoma miniaturami fortepianowymi Schönberga w wykonaniu Mishy Kozłowskiego. Jednak największą rewelacją spektaklu-recitalu jest sopran Barbara Zamek–Gliszczyńska, która szalenie trudną wokalnie i aktorsko partię wykonuje zgodnie z intencją kompozytora w technice śpiewomowy i w języku oryginału, czyli po niemiecku, jakby to zadanie było czymś absolutnie naturalnym i prostym jak nie przymierzając „wlazł kotek na płotek”.
Wszystkie zawiłości partytury, gdzie zwykła mowa, glissandowe atakowanie wysokości, przeplata się z całkiem precyzyjnie wykonanymi skokami interwałowymi w rozległej skali sopranu i altu, budzą szczery podziw dla artystki, która w swym repertuarze ma zarówno dzieła muzyki dawnej, klasycznej, romantycznej jak i współczesnej. Wygląda na to, że Barbara Zamek-Gliszczyńska jest „zwierzęciem typowo scenicznym”, gdyż do warstwy muzycznej dokłada w sposób swobodny i niewymuszony dynamiczny ruch i przekonywającą mimikę.

Jedyna uwaga do twórców spektaklu, który od czasu do czasu można obejrzeć w Teatrze Laboratorium w Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie, to sugestia, aby niemieckie libretto tłumaczyć wyświetlając polski tekst na transponderze, a może pokusić się o przygotowanie także wersji polsko-języcznej tego niezwykłego dzieła, bo wówczas teatr z muzyką Schönberga stałby się totalny.
Joanna Tumiłowicz