Przegląd nowości

Klęska poznańskiego „Parsifala”

Opublikowano: wtorek, 29, październik 2013 11:04

Wystawienie ostatniego dzieła Ryszarda Wagnera wszędzie i zawsze jest teatralnym świętem i jako takie powinno być traktowane. Tymczasem najnowsza inscenizacja Parsifala na scenie Teatru Wielkiego w Poznaniu (premiera 18 października) to pozbawiony logiki stek bzdur, nieczytelnej symboliki, zarazem pokaz niekompetencji sprowadzonego z Danii międzynarodowego zespołu realizatorów zgromadzonych w grupie „Hotel Pro Forma”. No, ale jeżeli – jak przyznała reżyser Kirsten Dehlholm – żadne z nich nigdy nie pracowało w operze, a muzykę Wagnera słyszeli po raz pierwszy to trudno się właściwie dziwić wypracowanym efektom, Dziwić to się należy dyrekcji poznańskiego teatru, ze wypuściła na sceną taki knot, który jak mniemam do tanich nie należał. W tej sytuacji trudno się dziwić, że premiera przyjęta została głośnym buuuu i okrzykami: tandeta, szmira, czegoś takiego w szacownych murach Teatru Wielkiego w Poznaniu jeszcze nie słyszałem!

Parsifal 352-77

Parsifal Wagnera to wspaniałe misterium sceniczne o wysublimowanym klimacie i wysmakowanej, ale czytelnej, symbolice. Jest to zarazem dzieło o walce dobra ze złem, o ofierze i odkupieniu, o misterium św. Graala. Tytułowy prostaczek wędruje po świecie w poszukiwaniu zrozumienia sensu życia. Niestety, nie na poznańskiej scenie, gdzie to co dzieje się na scenie ma niewielki związek z librettem, klimatem misterium oraz wspaniałą muzyką Wagnera. Całą tę pozbawioną sensu pseudointelektualną nadbudowę odbiera się jako pretensjonalny nonsens!


Na dodatek twórcy poznańskiej inscenizacji wyprali ją starannie z wszelkich autorskich didaskalii, na scenie nie pojawia się ani Graal, ani święta włócznia będących istotą tego dzieła. Za to mamy pomalowane na biało czubki palców Parsifala, który odziany w dziwaczny kostium bardziej przypomina misia Yogi niż tytułowego bohatera. Towarzyszy mu jako alter ego tłumacz języka migowego, który „tłumaczy” to o czym on śpiewa – ależ łopatologia. Zresztą o brak właściwego ukształtowania charakterystyki postaci, ubranych w banalne współczesne kostiumy, mam do reżysera największe pretensje.

Parsifal 352-102

Odnoszę wrażenie, że soliści zostali pozostawieni sami sobie i każdy ratował się jak mógł, więc w tym przypadku trudno mówić o jakichkolwiek kreacjach. Gurnemantz bardziej przypomina skrzyżowanie wędrownego nauczyciela, kronikarza i bibliotekarza noszącego na plecach swoje księgi, niż dostojnego mędrca zakonu rycerzy św. Graala. Amfotras jest wożony na wózku inwalidzkim (pomysł już mocno ograny), a Titurel wygląda jak mumia. Kundry też nie doczekała się w tej inscenizacji wyrazistych rysów skomplikowanej dwoistości swojej natury. W przypadku Parsifala i Kundry zabrakło mi tej charakterystycznej dla nich przemiany duchowej, a już ich wielki duet miłosny w II akcie jest swoistym kuriozum pozbawionym mistycznego przesłania. Długo by jeszcze można wymieniać bezsensowne pomysły grupy „Hotelu Pro Forma”, z których każdy oddala od istoty przesłania tego dzieła.


Dla przykładu, w chwili kiedy Gurnemantz gani Parsifala za zabicie łabędzia (ten dumnie stoi w tle, gdzie zresztą widzimy go od samego początku), którego po chwili znosi ze sceny tancerka. Jeszcze bardziej wątpliwym pomysłem jest finał I aktu, w którym nie ma odsłonięcia św. Graala, w zamian mamy leżące na proscenium skrwawione truchło jakiegoś zwierzaka, nad którym stoi kobieta, o złej zaciętej twarzy, ostrząca swoje noże.

Parsifal 352-97

Podobnie jest w finale II aktu, gdzie zamiast ciśniętej przez Klingsora włóczni, której nie ma, na scenę spada meteoryt (chyba?) burzący jakąś metalową budowlę. O strachu na wróble w II akcie i huśtawkach w finale III aktu już nie będą wspominał. Gdzie w tym wszystkim odnaleźć dramaturgiczną zwartość i prostotę.

Parsifal 352-92

W tym dziele znajdujemy muzyczną narrację wykorzystującą gęstą sieć muzycznych motywów przewodnich w czym Wagner był niedościgłym mistrzem. Jak w poprzednich dziełach dobór tonacji określa poszczególne stany emocjonalne bohaterów i sytuacji. Właśnie ta wypracowywana przez wiele lat technika tutaj osiąga najwyższą z możliwych funkcjonalność i komunikatywność. Wyraziste motywy przewodnie nie pozwalają zaginąć w ogarniającym nas potoku dźwięku, pozostając zarazem prostym, ale skutecznym elementem porządkującym muzyczną materię tego wspaniałego misterium.


Bogactwo muzycznych motywów i ich znaczenia wzmacniają się nawzajem, ulegając przy tym wielu transformacjom i przeróżnych konfiguracjom. Jednak muzycznie poznański Parsifal majstersztykiem nie był. Gabriel Chmura jakoś nie przekonał mnie do swojej interpretacji, szczególnie w pierwszym akcie, gdzie zabrakło mi większej wyrazistości motywów i wewnętrznej dynamiki. Nie było też budowania niezbędnego tutaj klimatu oczekiwania na misterium, szczególnie w finale.

Parsifal 352-117

Na szczęście zmieniło się to od II aktu, gdzie pojawiły się już wszystkie niezbędne czynniki dla właściwego wykreowania wagnerowskiej muzyki i jej ekspresji. Przyznać należy, że dyrygent potrafił dostosować brzmienie orkiestry do możliwości solistów. Mimo niewątpliwej pracy orkiestry nad wagnerowską partyturą muzykom zdarzały się potknięcia, głównie w grupie instrumentów dętych.

Parsifal 352-178

W międzynarodowej obsadzie na pierwszy plan wysunęli się Agnieszka Zwierko, w partii Kundry i Thomas Mohr, jako Parsifal. Głosy jakimi dysponują pozwoliły na pokonanie bez większych trudności swoich partii. Szkoda tylko, że pozostawieni sami sobie nie stworzyli przekonywujących kreacji aktorskich, co w przypadku tych partii jest niezbędnym warunkiem osiągnięcia pełnego sukcesu. Pozostali wykonawcy nie wyszli ponad solidną poprawność. Dla pełnego obrazu premiery należy jeszcze dodać świetne brzmienie chóru, który ujmował wokalną dyscypliną, co w poznańskim teatrze jest regułą.

                                                                                             Adam Czopek