Przegląd nowości

„Afera Makropulosa” w reżyserii Warlikowskiego wraca do Paryża

Opublikowano: piątek, 04, październik 2013 01:15

Na rozpoczęcie bieżącego sezonu Opéra de Paris przypomniała w swojej przepastnej sali przy placu Bastylii „Aferę Makropulosa” Leosza Janaczka, w pamiętnej inscenizacji Krzysztofa Warlikowskiego pokazanej w tym samym miejscu po raz pierwszy w 2007 roku i wznowionej z równym powodzeniem dwa lata później. Polski reżyser przygotował tę realizację na zamówienie ówczesnego dyrektora paryskiej placówki Gérarda Mortiera, który bardzo cenił - i ceni nadal - Warlikowskiego, a fakt jej pokazania obecnie przez właśnie ustępującego następcę Mortiera, Nicolasa Joëla, od lat bezpardonowo krytykującego wszelkie poczynania swego poprzednika nabiera niemalże symbolicznego znaczenia. Pomijając jednak ten personalno-polityczny kontekst trzeba przyznać, że pomysł, aby rzeczona wizja sceniczna przedostatniej już w dorobku czeskiego kompozytora opery powróciła na deski czołowej sceny Francji zasługuje na szczere uznanie. Wszak nawet zagorzali przeciwnicy różnych wizji i artystycznych koncepcji naszego inscenizatora przyznają, iż mamy tu do czynienia z obrazem wybitnym, z pasjonującym i inteligentnym odczytaniem treści janaczkowego dzieła, konsekwetnym i atrakcyjnym dla widza również z plastycznego punktu widzenia. Spektakl ten był już w Polsce wielokrotnie na łamach rozmaitych czasopism dokładnie opisywany i analizowany, toteż w mojej relacji ograniczę się przede wszystkim do wprowadzonych do niej nowości, głównie związanych ze zmianami w obsadzie wykonawców.

Sprawa Makropulos 3

Przypomnijmy, iż opera Janaczka porusza fascynujący temat, który wszakże nie ma niczego wspólnego z science-fiction, z mitologią czy z historią. Oto bowiem jej bohaterką jest kobieta, Emilia Marty, na której kiedyś wypróbowano eliksiru młodości, co sprawiło, iż żyje ona już od trzystu lat. Przez praktycznie cały czas trwania akcji próbuje ona desperacko dotrzeć do zagubionej recepty owej długowieczności, co by jej pozwoliło na dalszą nieśmiertelność. Intrygujące jest wszakże to, że nie zastanawia się ona nad tym, jaki sens nadać swojemu długiemu życiu, które już od dawna straciło dla niej jakąkolwiek wartość, lecz obiera sobie za jedyny cel uniknięcie śmierci.


Żyjąc od wielu wieków miała czas na to, aby doznać wszelkich ludzkich uczuć i emocji: miłości, seksu, ambicji, władzy, pożądania pieniędzy, sławy, uwielbienia...ale doszła do takiego punktu egzystencji, w którym to wszystko przestało już mieć jakiekolwiek znaczenie. I własnie wtedy - w finale opery - zaczyna zazdrościć innym ludziom ich śmiertelności i dostrzegać, że perspektywa końca ziemskiej wędrówki jest potężnym źrodłem humanizmu i że to właśnie poprzez nią stajemy się w pełni istotami ludzkimi. Dodajmy, iż nie bez znaczenia jest tutaj fakt, iż Emilia Marty jest słynną i uwielbianą przez tłumy śpiewaczką operową, czyli przyzwyczajoną do wciąż jej składanych hołdów artystką.

Sprawa Makropulos 1

Skutecznym sposobem snucia refleksji na temat wiecznej młodości, życia i śmierci, a ponadto niepohamowanego dążenia do sławy jest dla Warlikowskiego osadzenie kreowanej na scenie rzeczywistości w świecie filmu i odwoływanie się do ikon ekranowych gwiazd, które cały czas funkcjonują w naszej zbiorowej świadomości. To właśnie dlatego Emilia Marty przypomina tutaj swoim strojem i fryzurą Marilyn Monroe, a momentami także Ritę Hayworth, to dlatego scenografia Małgorzaty Szczęśniak kojarzy się z wielką widownią jakiegoś kina.


To dlatego wreszcie przez cały czas trwania przedstawienia przywoływane są klimaty i sztuczna rzeczywistość fabryki marzeń, jaką jest Hollywood, a na umieszczonych w głębi ekranach wyświetlane są fragmenty symbolizujących to miejsce filmów: od „King Konga” poczynając, a kończąc na „Bulwarze Zachodzącego Słońca”. Ujmując rzecz w dużym skrócie można powiedzieć, że Warlikowski wadzi się z lansowanym wszędzie i doprowadzonym do absurdu ideałem sławy za wszelką cenę i że podważa popkulturową ikonę wiecznej i sztucznej kobiecości, która tak naprawdę skrywa przepastną i przerażającą pustkę.

Sprawa Makropulos 4

Przed paru laty tytułową rolę kreowała Angela Denoke, zaś teraz na tej samej scenie Opéra Bastille króluje wybitna Ricarda Marbeth, która doskonale wciela się w niepokojącą, ale i wzbudzającą współczucie, postać Emilii Marty. Niemiecka sopranistka sugestywnie buduje wszystkie sytuacje uwodzenia, podczas których ulegający erotycznej fascynacji i manipulowani bez skrupułów mężczyźni stają się ofiarami Emilii. Porusza nas też w finale opery, kiedy ucieleśniana przez nią bohaterka traci wszelkie złudzenia i uświadamia sobie bezgraniczną pustkę dotychczasowego życia.

Sprawa Makropulos 5

Ponadto duże uznanie słuchaczy zyskuje czarująca pięknym brzmieniem swego barwnego mezzosopranu, a pochodząca z Kanady Andrea Hill w roli Kristy oraz przekonujący niebanalną grą sceniczną francuski baryton Vincent le Texier w partii Jaroslava Prusa.


Podobają się też rumuński tenor Attilla Kiss-B (Albert Gregor), niemiecki baryton Jochen Schmeckenbecher (jako mecenas Kolenaty), tenor Andreas Conrad (Vitek), czeski tenor Ladislav Elgr (Janek) i brytyjski tenor Ryland Davies (Hauk-Šendorf). Ta międzynarodowa obsada solistów została dobrana wyjątkowo starannie i doprawdy bardzo celnie.

Sprawa Makropulos 2

Jednak w moim odczuciu, a także sądząc po entuzjastycznych reakcjach publiczności, prawdziwą bohaterką tej realizacji jest fińska dyrygentka Susanna Mälkki, która ma już na swoim koncie wiele wybitnych osiągnięć artystycznych, gdyż w swojej błyskotliwej karierze miała już okazję stać na czele prestiżowych orkiestr na całym świecie, prowadziła liczne kreacje operowe, a w latach 2006-2013 pełniła wymagającą funkcję dyrektorki muzycznej Ensemble Intercontemporain. Otóż pod jej sprawną batutą Orkiestra Opery Paryskiej umiejętnie podkreśla surowy i oparty na „mowie śpiewanej”, a ponadto eksponujący nieskończone bogactwo rytmów i motywów styl Janaczka. Z kolei w finale opery poruszająco kreuje nostalgiczno-liryczny klimat - tak bardzo kontrastujący z całością dzieła - który związany jest ze zbliżającą się śmiercią Emilii Marty i tym samym z jej „uczłowieczeniem”. Precyzja, przejrzystość każdego gestu, energia i pełne zaangażowanie dyrygentki wzbudzają prawdziwy szacunek i należy sobie tylko życzyć, aby Susanna Mälkki częściej się pojawiała w kanale orkiestry przy placu Bastylli.

                                                                             Leszek Bernat