Przegląd nowości

„Toska” ze spacerem

Opublikowano: sobota, 13, lipiec 2013 12:47

W trzech różnych perspektywach akustycznych wystawiła Opera Wrocławska Toskę Pucciniego. W surowym wnętrzu zabytkowej świątyni, w także zabytkowym i szalenie ozdobnym gmachu Opery oraz na Wzgórzu Partyzantów na naturalnym, skłaniającym do organizowania imprez półkolistym dziedzińcu dawnego bastionu. Przedstawienie wymagające przemieszczania się publiczności i wykonawców po każdym akcie stało się prawdziwą atrakcją artystyczno-turystyczną, przez 9 weekendowych wieczorów organizującą życie kulturalne miasta w ramach TAURON Letniego Festiwalu Operowego. Takich projektów nie realizuje się w innych miastach i Wrocław dzięki niezwykłemu talentowi kreatorskiemu Ewy Michnik znów stał się jednym z ważnych europejskich centrów. Wszystko zostało zorganizowane perfekcyjnie. Bileterzy sprawnie pokazywali widzom miejsca, które powinni zająć. Orkiestra, wykonawcy przenosili się w kolejne miejsce akcji niezwykle szybko i bezkolizyjnie. Publiczność zgodnie przemieszczała się z podnieceniem komentując właśnie skończony akt. A pauzy trwały nie dłużej niż 40 minut i nikt się nie spóźnił, ani nie był specjalnie zadyszany.

Tosca,Wroclaw 1

Samo przedstawienie, będące rekonstrukcją wcześniejszego przedsięwzięcia operowego z 1998 roku (reżyseria Pierre-Jean Valentin) nie odbiegało od tradycyjnego standardu festiwalowego. Chodziło tutaj o w miarę wierne ukazanie postaci i realiów epoki (napoleońskiej) z jej melodramatycznymi i sensacyjnymi epizodami, tak jak sobie rzecz ułożył sam Giacomo Puccini. Tosca jest więc młodą, piękną, podziwianą i zakochaną w głośnym malarzu śpiewaczką, zaś baron Scarpia skorumpowanym, okrutnym, choć podkreślającym swe arystokratyczne koneksje łajdakiem. Reżyser odrzucił wszelkie pomysły uwspółcześnienia czy udziwnienia akcji, nie wymagał też od wykonawców szczególnej aktywności ruchowo-aktorskiej. Rolę dramatycznego akceleratora odgrywały w tej inscenizacji naturalne wnętrza i dekoracje w niewielki tylko sposób aranżowane przez Ryszarda Kaję. Cała odpowiedzialność za muzyczny kształt przedstawienia spoczywała na barkach dyrygenta Tomasza Szredera, orkiestry i solistów, nie zapominając o znacznym udziale chórów.


Pierwsza perspektywa akustyczna w wysoko sklepionej świątyni dawała poczucie uczestnictwa w dosyć intymnym zdarzeniu, którego jesteśmy mimowolnymi świadkami dzięki wielkiemu naturalnemu pogłosowi. W istocie dźwięki orkiestry nakładały się na przedłużone trwanie głosów solistów, cała warstwa muzyczna nabierała jakiegoś niezwykłego rozmachu, którego zwieńczeniem stała się końcowa procesja w głównej nawie świątyni i wspaniałe Te Deum śpiewane przez chór operowy i dziecięcy. Brzmienie, religijny patos, dobre głosy – wszystko to mogło zaimponować ale także posłużyć smutnej refleksji – jak kiedyś wyglądały nabożeństwa w kościołach, kiedy wzbogacała je dobra muzyka, gdy ludzie jeszcze potrafili śpiewać czysto i pełnymi głosami, gdy działali kompozytorzy piszący dzieła religijne na użytek wiernych, a nie tylko zawodowych zespołów.

Druga perspektywa akustyczna w II akcie była typowym przedstawieniem operowym na scenie teatralnej z orkiestrą grającą w kanale. Tutaj można było w miarę sprawiedliwie ocenić walory głosów solistów, np. ładne, delikatne brzmienie tenora Zdzisława Madeja w roli Cavaradossiego, czy też trochę chwiejne, miejscami niepewne, ale w sumie silne i nośne brzmienie kanadyjskiej sopranistki Sarah Vardy w roli Toski. Publiczność miała też okazję wysłuchania „dodatkowych efektów”, podczas wykonania słynnej ari Vissi d’arte, gdy w skupieniu i ciszy rozlega się „melodyjka” telefonu komórkowego, a potem – o zgrozo! – jakaś kobieta prowadzi rozmowę. Wizja kulturalnego prostaka, jaką przedstawił w jednej ze swych filmowych komedii Woody Allen okazała się całkiem realna.

Tosca,Wroclaw 2

Wreszcie trzecia perspektywa akustyczna z plenerowym wykonaniem sceny w rzymskim Zamku Anioła przeniesiona na wrocławskie Wzgórze Partyzantów z 1867 roku wymagała zastosowania mikrofonów i sztucznego nagłośnienia. To już specyfika dobrze znana z poprzednich superprodukcji Opery Wrocławskiej, gdzie ważniejsza od naturalnego brzmienia jest oprawa, światła, statyści, atmosfera letniej nocy, czasem bardzo kapryśnej w Polsce, ale przez to dającej dreszczyk emocji. Soliści z przytwierdzonymi mikroportami wypadli bardzo dobrze, i okazało się, że nawet Sarah Vardy, do której można było mieć wcześniej szereg zastrzeżeń ma głos bardzo foniczny, nie mówiąc już o tenorze „śpiewającym księdzu” Zdzisławie Madeju, który pięknie zaśpiewał popisową arię E Lucevan Le Stelle. Warto też wyróżnić Małgorzatę Węgrzyn-Krzyżosiak występującą w roli Pasterza na początku III aktu.

W sumie wrocławska Tosca w trzech miejscach i z trzema perspektywami akustycznymi była ciekawym doświadczeniem, i niezależnie od artystycznych walorów dzieła, pokazała jak ważne jest umasowienie kultury wyższej.

                                                                Joanna Tumiłowicz