Mogłoby się wydawać, że szczególną rolę w swojej inscenizacji przeznaczył Michał Znaniecki Filipiewnie, czyli starej niani Tatiany, skoro zasiada ona również na proscenium przed rozpoczęciem drugiego aktu. Ale potem znika, bo dzisiejsi reżyserzy cierpią na amnezję i w trzecim akcie zapominają o tym, co wymyślili w pierwszym. A przecież Tatiana po wyjściu za Gremina mogła ją zabrać ze sobą na dożywocie do Pitra, co było wtedy ogólnie przyjętym obyczajem.

Innym porzuconym tropem jest rozbudzenie u Filipiewny oraz dziedziczki Łariny wspomnień erotycznych porywów, właśnie po raz pierwszy przeżywanych przez córki ostatniej, a to wszystko pod wpływem krótkiego, lecz gwałtownie wybuchającego rosyjskiego lata, niczym w Strindbergowskiej Pannie Julii w noc świętojańską. Niewątpliwie ośmiela to Tatianę i popycha do niebywałego w tamtych czasach tak otwartego wyznania miłości dopiero co poznanemu Onieginowi. Skądinąd w dniu omawianego przedstawienia, 21 czerwca, panowała wyjątkowo upalna pogoda.
Ważnym rekwizytem okazują się ordynarnie ocynkowane wiadra, po raz pierwszy wnoszone przez żniwiarzy w scenie dożynek. W czasie imienin Tatiany mogłoby się wydawać, że z lodem posłużą do chłodzenia szampana, ale wnet wychodzi na jaw, że znajdują się w nich kiszone ogórki, którymi „opychają się” zaproszeni goście. Może to jeszcze bardziej niż plotki sprawia, że Oniegin staje się skiszony i prowokuje sprzeczkę z Leńskim, w czasie której Tatiana i Olga chowają się pod stół (sic!). Z kolei orkiestra gra Walca jakby dosłownie przejęła się słowami libretta o wynajętej orkiestrze wojskowej, przygrywającej gościom, a przecież Czajkowski szczególnie upodobał sobie ten taniec i stworzył wiele własnych jego wersji, nie tylko w muzyce scenicznej, ale również symfonicznej. A tu jeszcze występuje jego piękne wyłanianie się z dramatycznego wstępu do drugiego aktu.
Nic z tego nie usłyszeliśmy tego wieczora. Prowadzący przedstawienie Jewgienij Wołynski, skądinąd Rosjanin, często nawet rozmijał się rytmicznie z solistami, nie mówiąc już o wydobywaniu symfoniczno-instrumentacyjnych niuansów tej partytury. Z kolei Polonez na balu u księcia Gremina tańczony jest w wodzie, w gumiakach. Już Nadieżda Krupska pisała, że w Krakowie nie sposób ruszyć się na krok bez kaloszy, które, nawiasem mówiąc, zakładane były na wierzchnie obuwie i nie miały nic wspólnego z gumiakami, które teraz niekiedy przyjmują ich nazwę. Ale akcja Oniegina rozgrywa się przecież w Petersburgu. Według reżysera jest to efekt topnienia zlodowaciałego przedtem serca Oniegina, pod wpływem wydarzeń skruszonego i żałującego swej dawnej oziębłości. Aliści, gumiaki wraz z peleryną temu, kto się tego domyśli bez odpowiedniego komentarza, wyświetlanego na prompterze obok tłumaczenia libretta. Upływ czasu tylko jeszcze wyostrzył wszystkie nonsensy i niekonsekwencje tej inscenizacji.

Jednakże, żeby nie wydać się malkontentem, któremu wszystko się nie podoba i wszystkim ma za złe, wspomnę, że nie sposób odmówić autentycznej urody i ekspresji scenie pojedynku, przechodzącej attaca po poprzedniej i rozgrywającej się na krach, a w jej kulminacyjnym momencie zjawiają się jako niemi świadkowie Olga z rodziną i gośćmi Łarinów. Pięknie zabrzmiały też dwa duettina, stanowiące ulubiony przez Czajkowskiego środek muzycznej charakterystyki postaci, w których dochodzą do głosu ich zbieżne, lub na odwrót, przeciwstawne uczucia. Pierwsze, „Wragi”, poprzedza oddanie przez Oniegina i Leńskiego strzałów w pojedynku, kiedy przez moment żałują swej zapalczywości, ale fałszywe pojęcie honoru nie pozwala się im wycofać, drugie, „Szczastje było tak blizko”, w scenie pożegnalnej pomiędzy tytułowym bohaterem i Tatianą, kiedy uświadamiają sobie, że beztrosko pozwolili sobie wypuścić z rąk szansę na szczęście, jedyną, jaką oferuje życie.
Imeri Kawsadze stworzył udany, jak zawsze aktorsko i wokalnie, epizod w imieninowych kupletach Triqueta, francuskiego rezydenta. Poprawnie ze swoich zadań wywiązały się Bożena Zawiślak-Dolny jako Łarina, Wiera Baniewicz w roli Filipiewny i Agnieszka Cząstka w partii Olgi. Leński w wydaniu Adama Zdunikowskiego łączył od strony muzycznej cechy włoskiego belcanta, a więc śpiewu pełnym głosem, z rosyjską tradycją wykonawczą, sięgającą w celach wyrazowych po falset, jakby artysta do końca pozostawał niezdecydowany, co do wyboru określonej i spójnej stylistyki. Wołodymir Pankiw w niewielkiej roli księcia Gremina, ograniczonej właściwie do jednej arii, ale za to rozbudowanej i cieszącej się niesłabnącym powodzeniem w repertuarze basów, w pełni sprostał związanym z nią wymaganiom.

Zważywszy warunki Magdaleny Barylak, odtwórczyni Tatiany, jest ona predestynowana raczej do kreowania wagnerowskich heroin, a co za tym idzie przydała tej postaci bardziej dramatycznych znamion. Stronie wokalnej usiłowała nadać znaczne zróżnicowanie wyrazowe, między innymi za sprawą dobierania rozległej gamy odcieni dynamicznych, ale w górnym rejestrze fortissimo wkradało się nieznośne wibrato. Na tym tle Mariusz Kwiecień w tytułowej partii wyróżniał się nienagannym ustawieniem głosu i jego szlachetnym brzmieniem. Niewielkie arioso Oniegina pod koniec pierwszego aktu, w którym studzi on miłosne zapały Tatiany, posiadało w jego ujęciu kształt, do którego przyzwyczaiła nas tradycja, ale też nie budziło większych wzruszeń. Przejmująco natomiast zabrzmiał monolog pod koniec pierwszej odsłony trzeciego aktu, kiedy dochodzi do głosu żal, że tak nierozważnie odepchnął miłość Tatiany, a muzycznie powracają motywy muzyczne z jej listu, w którym wyznała mu swe uczucia. Atoli, pod koniec spektaklu i jemu głos zadrżał, a także przydarzyła się intonacyjna chwiejność. Czyżby gość z wielkiego świata, aby nie peszyć swych prowincjonalnych kolegów, postanowił dyskretnie dostosować się do ich poziomu?
Lesław Czapliński