W marcu tego roku miałem w tym miejscu przyjemność opisywać zaprezentowaną w Opéra de Saint-Etienne inscenizację Hamleta Ambroise'a Thomasa. Zapowiadałem przy tej okazji kolejną realizację tego nareszcie wracającego do bieżącego repertuaru dzieła, tym razem przygotowaną w koprodukcji przez teatry operowe w Marsylii i Strasburgu. W Opéra de Marseille odbyła się właśnie premiera tej nowej inscenizacji, której nieprzeciętne walory artystyczne wzbudziły podziw krytyki muzycznej i entuzjastycznie reagującej publiczności.

Należy się z tego cieszyć, albowiem Thomas, swojego czasu powszechnie uznawany za jednego z najważniejszych przedstawicieli muzyki francuskiej, przez czterdzieści lat pełniący prestiżową funkcję członka Institut de France, wreszcie ceniony dyrektor Conservatoire de Paris, przez kilkadziesiąt lat był praktycznie nieobecny w świadomości bywalców placówek sztuki lirycznej. Dzisiaj francuski kompozytor jest znany głównie za sprawą dwóch dzieł operowych, Mignon i wspomnianego Hamleta, paradoksalnie przyjętych podczas ich prapremiery z dość dużą dozą powściągliwości.

To ostatnie dzieło wyruszyło na podbój scen Europy - i nie tylko - dopiero po roku 1870, czyli od momentu kiedy sam Hector Berlioz mocą swego autorytetu zaświadczył o wartości tej rozbudowanej do pięciu aktów, wymagającej dużej obsady wykonawczej i odpowiednich warunków scenicznych opery. Przy jej pisaniu Ambroise Thomas czerpał inspirację ze źródeł grand opéra i opéra-comique, co oczywiście wpłynęło na interesujące zróżnicowanie muzycznych środków wyrazu.
Z grand opéra twórca przejął właściwe temu gatunkowi idiomy, kody i dramaturgiczne mechanizmy, zaś z opéra-comique finezję konstrukcji i charakterystyczny typ ekspresji. Warto też podkreślić, że wbrew niesprawiedliwym opiniom jego przeciwników, Thomas nie pozostał obojętnym na współczesne jego epoce tendencje muzyczne, o czym świadczy zdradzająca wpływy Berlioza, błyskotliwa i wykorzystująca szeroki wachlarz efektów brzmieniowych orkiestracja Hamleta.

Jej bogactwo doskonale wydobywa odpowiedzialny za muzyczną realizację tej nowej produkcji i stojący na czele Orchestre de l'Opéra de Marseille Nader Abbassi, młody dyrygent pochodzenia szwajcarsko-tureckiego, znany również jako kompozytor i wokalista. Należy mu się tym większy podziw, iż ewidentne słabości i swoiste spadki napięcia w partyturze Thomasa wymagają od jej interpretatora umiejętności prowadzenia frazy na szerokim oddechu i takiego stylu snucia narracji muzycznej, aby uwaga słuchacza była utrzymywana w stałej czujności.

Bowiem dopiero wówczas jest możliwe zachwycenie się oryginalną wyobraźnią dźwiękową kompozytora, którego talent pozostawał niedoceniany przez tak długi okres czasu, a który w omawianym dziele porywa fragmentami o imponującej sile dramaturgicznej, chociaż, z drugiej strony, pomimo ponurego charakteru opowiadanej historii, Thomas potrafi też nas zaskakiwać epizodami o wzruszająco poetyckim wydźwięku. Wyrazisty i dokładny, a zarazem urzekający szeroką paletą pastelowych odcieni sposób dyrygowania Abbassiego pozwala chętnie zanurzyć się w tej gęstej warstwie muzycznej w celu stopniowego odkrywania jej zniewalających uroków.
Celnie skompletowana i składająca się z doskonałych solistów obsada wokalna jest również trudnym do przecenienia atutem tej prezentowanej w Marsylii produkcji. Niekwestionowaną gwiazdą wieczoru jest słynna Patrizia Ciofi, która z wielkim zaangażowaniem i wstrząsajacą ekspresją - szczególnie w scenie szaleństwa - kreuje jakby zagubioną w swym wewnętrznym świecie postać Ofelli. W ujęciu włoskiej artystki ta córka szambelana Poloniusza jest w pewnym sensie pokutną ofiarą tragicznych okoliczności, a zarazem młodą, walczącą o swoje szczęście dziewczyną, będącą aktywną stroną w swojej miłosnej relacji z Hamletem.

Ten zaś, w interpretacji barytona Franco Pomponiego, nie jest bynajmniej zabawnym dziwakiem, lecz poruszającym swym humanizmem młodzieńcem, nie mogącym się pogodzić z winą matki i z koniecznością przelania krwi Klaudiusza. W roli tego ostatniego można podziwiać jak zawsze niezawodnego francuskiego basa Nicolasa Cavalliera, śpiewaka, który niezależnie od popełnionej przez budowaną przezeń postać zbrodni bratobójstwa, potrafi wzbudzić dla niej współczucie widza (wstrząsająco zaśpiewana aria "Je t'implore, ô mon frère" z III aktu !).
Nie można też pozostać obojętnym wobec wokalno-aktorskiego talentu śpiewającej partię Gertrudy mezzosopranistki Marie-Ange Todorovitch, ukazującej dręczoną wyrzutami sumienia po współudziale w zbrodni kobietę, która nigdy już nie może zaznać wewnętrznego spokoju. Obok wymienionych artystów w omawianym przedstawieniu biorą również udział gorąco oklaskiwani: Christophe Berry (Laërte), Patrick Bolleire (Duch), Bruno Comparetti (Marcellus), Alain Gabriel (Horacjo) czy Antoine Normand (Poloniusz). Wyrazy wdzięczności należą się też świetnie brzmiącemu - a przygotowanemu przez Pierre'a Iodice'a - chórowi, który wprawdzie w Hamlecie nie bierze czynnego udziału w akcji, jednak często ją komentuje, odgrywając ważną rolę w kreowaniu towarzyszących jej klimatów i nastrojów.

Jeśli ktokolwiek z operowych gości miał jeszcze jakieś wątpliwości dotyczące inspiracji francuskiego kompozytora, to po wysłuchaniu w Marsylii dajmy na to duetu Hamleta z Gertrudą, arioso Hamleta z V aktu czy sceny szaleństwa Ofelii z aktu V mógł się ich skutecznie pozbyć. Mógł również dać się oczarować mistrzostwu, z jakim Thomas "wyrywa się" schematyzmowi psychologicznych portretów nakreślonych w libretcie Julesa Barbiera i Michela Carrégo, po to, aby za pomocą muzyki nadać każdej z postaci dużo głębszy, bardziej prawdziwy i pod każdym względem wiarygodny wymiar.
Reżyser Vincent Boussard umieszcza swoją inscenizację w czasach powstania dzieła i przeprowadza akcję w jednej i tej samej dla całego spektaklu oprawie scenograficznej autorstwa Vincenta Lemaire'a. W połączeniu z sugestywnymi, ustawionymi przez Guido Leviego światłami i ciekawie zaprojektowanymi przez Katię Duflot strojami - czarnymi dla mężczyzn i szarymi dla kobiet - składa się ona na atrakcyjną i dramaturgicznie skuteczną oprawę plastyczną, pozwalającą na bezbłędne i logiczne zespalanie planów fabuły dramatu z warstwą muzyczną. Niektóre z obrazów zapewne na długo pozostaną w pamięci całkowicie przekonanych do tej reżyserskiej wizji widzów. Mam tu na przykład na myśli scenę z pierwszego aktu, podczas której błądzący po murach zamku duch zamordowanego króla zsuwa się w pozycji poziomej po jednej ze ścian, dominując kompletnie nad wijącym się z rozpaczy po ziemi Hamletem.

Wszak centralnym epizodem całej realizacji, wywołującym swą siłą wyrazu ciarki na plecach, jest oczywiście znana każdemu melomanowi scena postradania zmysłów przez odepchniętą przez Hamleta Ofelię, kiedy to przegrana bohaterka tonie w umieszczonej pośrodku pustej przestrzeni scenicznej...wannie. Przy czym podkreślić natychmiast należy, że Boussard nie usiłuje zaskakiwać publiczności pseudo-oryginalnymi pomysłami czy szokującymi, a treściowo pustymi "wynalazkami"; wręcz przeciwnie - wszystko ma tutaj swoje dramaturgiczne uzasadnienie oraz wynika z opartych na libretcie i muzyce inscenizacyjnych przemysleń. Wyczuwalny w tym przedstawieniu szacunek dla widza i obecnych na scenie artystów stanowi - obok wysokiego poziomu muzycznego całego wykonania - mocną stronę nowej produkcji i niewątpliwie przyczyni się dodatkowo do popularności rzeczonego dzieła Ambroise'a Thomasa.
Leszek Bernat