Ta jedyna opera Jacquesa Offenbacha miała swoją prapremierę 10 lutego 1881 roku na scenie Opery Komicznej w Paryżu. Przyjęto ją z uznaniem, choć została przedstawiona w okrojonym kształcie, gdyż dyrekcja Opera Comique usunęła cały jeden akt, tzw. wenecki, pozostawiając z niego jedynie melodyjną barkarolę przeniesioną do aktu Antonii. Właśnie ta barkarola szybko stała się najbardziej znanym fragmentem opery. Niestety, kompozytor już nie mógł być świadkiem wielkiego sukcesu dzieła swojego życia. Zmarł 5 października 1880 roku, w trakcie prób niedokończonej jeszcze opery, dokończył ją Ernest Giuraud. Trzy lata później, na scenie Opery Lwowskiej, odbyła się polska premiera równie gorąco przyjęta jak paryska. Teatr Wielki w Warszawie po raz pierwszy wystawił Opowieści w 1922 roku. Rok później poznała dzieło publiczność Teatr Wielkiego w Poznaniu.
Dzisiaj Opowieści Hoffmanna należąc do żelaznego repertuaru scen operowych nadal biją rekordy powodzenia. Największą wartością tej opery jest oczywiście wspaniała muzyka pełna urokliwych, łatwo wpadających w ucho, melodii i równie wspaniałych arii. Każdy z trzech aktów opowiada o innej wielkiej miłości Hoffmanna, tytułowego poety.

Akt Olimpii utrzymany jest w stylu lekkiej opery francuskiej, Antonii niemieckiego romantyzmu, a Giulietty włoskiego belcanta. Od lat publiczność z jednakowym zachwytem oklaskuje wspaniałą barkarolę z aktu Giulietty, koloraturową arię lalki Olimpii, pełną nastroju pieśń Antonii i oczywiście śpiewaną, w prologu, przez Hoffmanna piosenkę o karle Kleinzacku. Świetne są też sceny z chórem w prologu.
Najnowsza wrocławska inscenizacja tej opery - premiera 27 listopada, to zrealizowana z rozmachem, fantazją i wyobraźnią wyjątkowo efektowna teatralnie wizja artysty - poety opowiadająca o jego czterech miłościach. Nie brakuje w tym przedstawieniu mrocznej atmosfery, gry wyobraźni i aury grozy. Ale jednocześnie jest to przedstawienie nie pozbawione romantycznego uroku i poetyki, a przy tym wysmakowane w kolorystyce i nie pozbawione humoru.

Opowieści Hoffmanna wywiedzione z wątków opowiadań mistrza romantycznej fantazji Ernsta Theodora Amadeusa Hoffmanna czynią głównym bohaterem jego samego. To on wiecznie poszukujący szczęśliwej miłości opowiada dzieje swoich nieszczęśliwych i niedających spełnienia związków. Tak właśnie potraktował to dzieło Waldemar Zawodziński czyniąc każde z opowiadań formą retrospekcji o właściwym sobie mrocznym, lekko pesymistycznym, klimacie.
Akt mechanicznej lalki Olimpii rozegrany w potężnym salonie jej twórcy szalonego fizyka Spalanzaniego (świetny w tej roli Paweł Wunder) to przede wszystkim świetnie wyeksponowany klimat fantastyki. Lustrzany akt Antonii zdominował potężny zegar błyskawicznie odmierzający czas jaki jej pozostał do śmierci.
Trochę przeładowany akt Giulietty przeniesiono do Wenecji w czasie jej sławnego karnawału, towarzyszyła mu feeria barw, dynamika ruchu potężnych scen zbiorowych. Przyznać też należy, że reżyser i scenograf zarazem jest konsekwentny w tworzeniu scenicznego obrazu i wyrazistym kreśleniu sylwetek głównych protagonistów oraz scen zbiorowych, co zapewnia całemu przedstawieniu zwartość dramaturgiczną i właściwy ładunek emocji. Warto jeszcze podkreślić, że o wyjątkowo efektowne kostiumy zadbała Małgorzata Słoniowska, a o ruch sceniczny i układy choreograficzne Janina Niesobska.
W rozbudowanej obsadzie prym wiodły panie z Anną Bernacką i Joanną Moskowicz na czele. Pierwsza z pań stworzyła interesującą kreację wokalno - aktorską Nicklaussa, nieodłącznego towarzysza i muzy tytułowego bohatera. Ujmując sceniczną swobodą i wdziękiem była prawdziwym łącznikiem poszczególnych aktów i scen.
Druga jako lalka Olimpia zachwycała nie tylko pięknie brzmiącym sopranem o srebrzystym brzmieniu i znakomicie opanowanej koloraturze, ale również świetnym aktorstwem pozwalającym wręcz na zabawę z graną przez siebie bohaterką. Pięknie zaprezentowały się Ewa Vesin jako wenecka kurtyzana Giulietta oraz Evgenyia Kuznetsova jako chora i nieszczęśliwa Antonia. Z prawdziwą satysfakcją słuchało się Mariusza Godlewskiego w podwójnej roli Deppertutta i Dr Miracle, z nieco mniejszą, przez mało nośny dół w skali jego głosu, Radosława Żukowskiego jako Lindorfa i Coppeliusa. W interesujący sposób zaprezentował się jako służący Franz Aleksander Zuchowicz, najnowszy z grona solistów Opery Wrocłaskiewj. W partii tytułowego poety wystąpił gościnnie Alexandru Badea i powiedzmy to sobie szczerze nie rzucił na kolana. Śpiewał bardzo nierówno, najczęściej ściśniętym głosem bez swobodnej góry, miewał też kłopoty z intonacją. Najbardziej obronną ręką wyszedł w z aktu Antonii, w pozostałych bywało różnie.
Ewa Michnik przy dyrygenckim pulpicie zadbała o precyzję ansambli i wyeksponowanie pełnego uroku muzyki oraz brzmieniowych niuansów, barwnej melodyki i tanecznej lekkości.
Adam Czopek