Przegląd nowości

Czterdzieści lat w trzech aktach

Opublikowano: środa, 19, sierpień 2009 02:00

16 lipca 1969 roku 28-letni Placido Domingo, il giovane tenore, w swojej szybko rozwijającej się karierze podbił - po wiedeńskiej Staatsoper i Metropolitan Opera - kolejny z najsłynniejszych teatrów świata. I cóż to był za triumfalny debiut! Śpiewał Kalafa u boku wielkiej Birgit Nilsson. Potem Domingo wielokrotnie powracał na werońską scenę jako Don Carlos, Canio, Turiddu, Radames, Cavaradossi, kawaler Des Grieux i - oczywiście - niezrównany Otello. Gościł tam również jako dyrygent.

Image

W 1994 roku 25-lecie jego debiutu uczciła Arena di Verona uroczystą galą, podczas której Domingo śpiewał po jednym akcie z Cyganerii, Otella i Aidy, natomiast gala 30-lecia nie mogła się odbyć z powodu oberwania chmury. Deszcz lał przez całe popołudnie i wieczór, o rozpoczęciu spektaklu o godz. 21.00 nie było mowy, ale publiczność, schowana pod morzem parasoli, ani myślała opuścić teatr. W końcu o 22.30 na scenę wyszedł Domingo, z ogromnym parasolem w ręku, w białej szacie Radamesa, w "egipskich" sandałach i długich, grubych szafirowych skarpetach, które zaraz opadły mu do kostek, "dopłynął" jakoś do mikrofonu i natychmiast nawiązał znakomity kontakt ze zziębniętą, ale wiernie czekającą publicznością. I nie zawiódł jej - zaśpiewał m.in. E lucevan le stelle, Granadę, No puede ser, a nawet, jakby rzucając żartobliwe wyzwanie ponuremu niebu, O sole mio. Na próżno - deszcz zwyciężył.

Image

Wydawałoby się, że jubileusz 30-lecia obchodzony przez 58-letniego nadal czynnego śpiewaka operowego byłby już wystarczającym powodem do dumy i radości. Ale Domingo wymyka się wszelkim oczywistościom. 24 lipca 2009 roku, mając lat 68 i pół, obchodził... 40-lecie debiutu w Weronie, wciąż jako czynny tenor, mogący sobie wybrać do gali fragmenty dowolnych oper.


 

Tym razem zaśpiewał czwarty akt Otella, czwarty akt Cyrana de Bergerac i czwarty akt Carmen. Cyrano jest obecnie jego popisową rolą, a Otella i Carmen zdecydował nie wykonywać już w całości od jakiegoś czasu. Jednak sądząc po tym, jaką klasę wokalną pokazał we fragmentach tych oper podczas gali, można się zastanawiać, czy to były decyzje ostateczne.

Zdobycie biletów na galę 40-lecia graniczyło z niemożliwością - wszystkie zostały wyprzedane wiele miesięcy wcześniej. Nawet tuż przed spektaklem na próżno usiłowano wywalczyć u koników choć kilka z 15 000 miejsc w werońskim amfiteatrze. Tłumy na zewnątrz, tłum wewnątrz - ludzie ze wszystkich stron świata przybyli, aby wziąć udział w uroczystym wieczorze, poświęconym wielkiemu Placidowi Domingo. A jak to w Arena di Verona bywa - przed spektaklem atmosfera była gorąca, a publiczność nie mogła się doczekać rozpoczęcia gali.

Image

I nagle poczuliśmy się jak zanurzeni w niebie - ogromna projekcja wideo, ponad sceną, przeniosła nas w granatową pustkę kosmosu, a potem opadaliśmy w dół, ku Ziemi, nad Europę, i na koniec wprost do serca Włoch - do Areny. I tam zobaczyliśmy samych siebie, morze światełek pulsujących na półkolistych stopniach antycznego teatru. Autorem tej robiącej ogromne wrażenie projekcji był Enzio Antonelli, odpowiedzialny również za grę świateł.

Kiedy umilkły oklaski, na kolejnym wideo ukazały się fale morskie i kamienna twierdza na Cyprze - wydawało się, że jej dolne partie są integralną częścią niewielkiej kolumnady, będącej  realnym  elementem scenografii.


I wtedy zabrzmiał Verdi. Gdy przeminęła pełna smutku Pieśń o wierzbie Desdemony, pięknie zaśpiewana przez Teresę Romano, groźne, ponure akordy sprawiły, że raczej niezdyscyplinowana werońska publiczność niemal wstrzymała oddech. Placido Domingo - nie! - sam Otello wkroczył na scenę. Czy to naprawdę możliwe, że Domingo porzucił tę rolę przed laty? Ten Otello, który zaczął śpiewać z hamowaną pasją i nienawiścią, brzmiał tak samo  - albo i lepiej? pełniej? - jak dawniej. W jego kreacji było wszystko: niesamowita paleta półcieni w mocarnym głosie i niezrównane aktorstwo. Jego czarne oczy na chwilę przed morderstwem mogły przerazić nawet widzów z ostatnich rzędów.

Image

Niun mi tema - Domingo śpiewał to setki razy i wielu widzów pamiętało wcześniejsze wykonania, tak więc wspomnienia mieszały się z obecnymi emocjami. Jego O Gloria! rozdzierało serce i ścinało krew w żyłach, a scena przedśmiertnego czołgania się ku Desdemonie była jeszcze jednym dowodem na to, że jego żywotność i sprawność fizyczna, na równi z zasobami głosu, wydają się niewyczerpane. Jedna z najbardziej poruszających scen operowych, tak ważna w karierze Dominga, zakończyła się (o wiele za szybko, jak dla widzów) grzmotem oklasków.

Image

W roli Emilii usłyszeliśmy Rossanę Rinaldi, śpiewali też Luca Casalin (Kasjo), Simone Piazzola (Jago), Antonio de Gobbi (Lodovico) i Elia Fabbian (Montano); orkiestrę poprowadził Pier Giorgio Morandi.


W drugiej części wieczoru projekcja wideo wypełniła tył sceny niebiesko-fioletowym światłem kościelnych witraży i przeniosła nas do XVII-wiecznej Francji. Ta sama nieduża kolumnada była teraz częścią klasztornych krużganków, a dwa niewielkie dwustopniowe podesty, na których w Otellu stały stół i  łoże Desdemony, zamieniły się w podwójną przestrzeń Roksany (stolik do pracy i modlitwy) i Cyrana (fotel pod rozłożystym drzewem). Czekał nas  finałowy akt Cyrana de Bergerac Franco Alfana.

Opera ta, przeżywająca obecnie dzięki Domingowi swój renesans, stała się w ostatnich latach bardzo ważna w repertuarze artysty. Jego wzruszający portret utalentowanego i inteligentnego, ale brzydkiego poety i muszkietera nadał temu dziełu nowy wymiar. Na scenie Arena di Verona Domingo pokazał po raz kolejny znakomite aktorstwo, a poprzez różnicowanie barwy głosu  i zmienną  intensywność wyrażania emocji znowu potrafił nas przekonać  - a to niełatwe - do muzycznej wartości dzieła Alfana.

Image

Dzielnie partnerowała mu Isabelle Kabatu jako Roksana o dźwięcznym, pełnym  sopranie i niepoślednim talencie dramatycznym. Tym razem Simone Piazzola wystąpił jako De Guiche, Elia Fabian jako Le Brent, Antonio de Gobbi jako Ragueneau, a Rossana Rinaldi jako Soeur Marthe. Orkiestrę poprowadził brawurowo Patrick Fournillier.

Po przerwie został przedstawiony finałowy akt Carmen. W odróżnieniu od poprzednich części gali, gdzie głównie projekcje wideo w tle dawały wyobrażenie o zmianach miejsca i nastroju, inscenizacja Carmen była niezwykle bogata, prawdziwie zeffirellowska. Toreadorzy i Cyganki spacerujący wśród rzędów widowni, trzy białe konie i chórzyści oraz członkowie baletu wypełniający scenę - wszystko to tworzyło wielki, barwny, dynamiczny spektakl, tak uwielbiany przez werońską publiczność. Ktoś na widowni zaczął nawet klaskać w rytm Marsza toreadorów, co irytowało wytrawnych wielbicieli opery, ale cóż, taka jest Arena di Verona. Snobistyczni turyści niemający pojęcia o operze, ale koniecznie chcący "zaliczyć" obecność w słynnym teatrze, zasiadają tu obok prawdziwych melomanów, pragnących zobaczyć i usłyszeć ulubionego śpiewaka, dyrygenta lub  operę na tej jedynej w swoim rodzaju scenie.


Jako Don Jose wystąpił Domingo prawie 190 razy, a powszechnie  zapamiętano go w tej roli zwłaszcza w filmie Francesco Rosiego z Julią Migenes jako Carmen. Ostatnio Domingo często dyrygował Carmen,  a w lipcu br.  prowadził cztery  spektakle tej opery właśnie w Arena di Verona. Ale nie śpiewał Don Jose na scenie od 1998 roku, a pojedynczy akt wykonywał po raz ostatni w Metropolitan Opera  podczas gali w roku 1999. Dlatego  niezwykle wzruszającym przeżyciem było widzieć go znowu w jednej z jego najważniejszych ról. Niezwykle intensywna ekspresja - miłość, smutek, rozpacz, gniew - bogactwo dźwięku, gradacja wokalnych środków wyrazu od ostrych fraz po błagalne piana, i do tego wspaniałe aktorstwo, język ciała, wyraz twarzy, lecz przede wszystkim wywołujący niesamowite wrażenie głos, pewny, jedyny w swoim rodzaju - oto co tworzyło tego Don Jose, którego nie da się zapomnieć. 

Image

Kiedy barwny, rozśpiewany i roztańczony tłum już odpłynął w stronę korridy, na opustoszałej, niemal ciemnej scenie zabrzmiał duet Carmen i Don Jose. Teraz w ostrych podmuchach "wiatru" tańczyły tylko karty, duże, wyraźne, łatwe do zauważenia nawet w dalszych rzędach - te same karty, które swego czasu  przepowiedziały Carmen śmierć. Finał Carmen to wstrząsająca scena - tak dobrze znana, i tak za każdym razem inna. Warto było doprawdy przejechać pół świata, aby ją  zobaczyć w wykonaniu Placida Domingo i Nancy Fabioli Herrery.  Bravi!

Image

Escamilla śpiewał Simone Piazzola, Rossana Rinaldi była Mercedes, a Maria Cioppi - Frasquitą. Jako Zuniga wystąpił Antonio de Gobbi, orkiestrą zaś dyrygował Pier Giorgio Morandi.


A potem były już tylko niekończące się brawa, owacje, okrzyki - scena, jasno oświetlona, powoli zapełniała się wykonawcami gali, z lewej i prawej strony wchodzili i stawali obok siebie tancerze, chór, soliści, dyrygenci, projektanci kostiumów i wszyscy, którzy brali udział w przygotowaniu uroczystego spektaklu. Desdemona obejmowała w serdecznym uścisku Carmen, a Roksana śmiała się do Escamilla. Wszyscy czekali na pojawienie się gwiazdy wieczoru i wydawali się szczęśliwi, że mogą być częścią tego niezwykłego wydarzenia. I w końcu, w środkowym wejściu w głębi sceny pojawił się i zaczął iść ku przodowi Domingo - jeden z nich, a przecież zasłużenie wyróżniony i honorowany. Widownia szalała, ale równie gorąco oklaskiwali go na scenie koledzy - śpiewacy, tancerze, ludzie teatru. Orkiestra, z którą Domingo pracował zarówno jako śpiewak, jak i wcześniej jako dyrygent, nagrodziła go stojącą owacją i skandowanymi okrzykami "Pla-ci-do, Pla-ci-do!". Na scenę leciały rzucane celnie bukiety kwiatów, a kiedy burmistrz Werony, Flavio Tosi, i dyrektor Arena di Verona, Francesco Girandini, wręczyli artyście nagrodę za całokształt kariery, Domingo przyjął ją - jak zawsze przy takich okazjach - z niekłamanym wzruszeniem.

Image

Owacje trwały i trwały, i artyści, z Domingiem pośrodku, musieli bez końca przechadzać się wzdłuż krawędzi sceny, w lewo i w prawo, aby pokłonić się z bliska również publiczności  siedzącej na najbardziej skrajnych miejscach. Atmosfera radosnej fiesty trwała jeszcze długo po skończeniu gali, na zewnątrz Arena di Verona, gdzie pośród żegnającego go tłumu fanów Domingo wsiadł do powozu zaprzężonego w konie i odjechał, aby z przyjaciółmi i rodziną zakończyć pełną wrażeń noc na bankiecie w restauracji.

                                                    Gabi Eder (Austria), tłum. E. W.