Kiedy prawie 30 lat temu wkrótce po premierze w Stuttgarcie wyemitowano w telewizji niemieckiej Wolnego strzelca Webera w inscenizacji Achima Freyera, widzowie byli tak zszokowani koncepcją reżyserską i scenograficzną, że swoje oburzenie wyrazili w setkach listów wysłanych do dyrekcji opery. Oprócz muzycznej strony nic im się nie podobało, bo przecież targnięto się tutaj na świętość narodową, czyli pierwszą niemiecką operę romantyczną. Mało tego, niektórzy uważali, że reżyser wręcz rozum stracił, a biedny Weber tylko w grobie się przewraca. Oczywiście, bo to, co Freyer serwuje na scenie często szokuje widzów i dzisiaj, ale ta inscenizacja należy już do klasyki. I choć już nie szokuje tak bardzo jak przed laty, to spektakl jest wciąż grany i popularny wśród widzów.
Wolny strzelec Freyera ma się nijak do glorifikacji lokalnego kolorytu niemieckiego, a co za tym idzie i patriotyzmu. Wręcz odwrotnie, reżyser robi wszystko, by tradycyjną interpretację podważyć i zanegować. A wykorzystał do tego swoją największą broń, czyli scenografię. Ogromna scena została pomniejszona ścianami z górski pejzażem o zachodzie słońca i wielkim okiem opatrzności pośrodku tylnej ściany. Całość namalowana została w stylu malarstwa naiwnego, które uzupełniają wypchane zwierzaki podczas wizyty Agaty u Pustelnika (Freyer przywrócił tym samym scenę, którą Weber wyrzucił podczas komponowania opery) i inne rekwizyty sygnalizujące zmianę miejsca akcji.

W podobnym stylu potraktował Freyer wszystkie postaci ubrane w tradycyjne bawarskie kostiumy: wszystkie kobiety mają białe twarze, niebiesko pomalowane oczy oraz czerwone usta i policzki, natomiast mężczyźni na ciemno umorusane twarze i bardzo charakterystyczne czerwone skarpety. Sceny zbiorowe i chór były wyjątkowo świetnie poprowadzone i szczególnie komiczne, ale prawdziwymi gwiazdami były sopranistki: fenomenalna Christiane Iven, która wykonywała partię Agaty, oraz Natalie Karl, która zagrała Anusię.
Cała rzeczywistość sceniczna zamieniona została w karykaturę, choć nie zawsze ostrą jak w przypadku księcia Otokara, którego grał niemiecki baryton Michael Ebbecke.
W tej inscenizacji jest w zasadzie rozpieszczonym dzieckiem, który rozdrażniony przytupuje nóżką, by podkreślić swoją obecność i zaznaczyć ważność własnej osoby, ale tak naprawdę nic nie uzasadnia jego bezlitosnego wyroku. Ale najbardziej szokująca jest scena w Wilczym Jarze, gdzie wokół nagrobku pary zakochanych Kaspar, którego partię wykonuje amerykański bas od wielu lat występujący w Stuttgarcie - Mark Munkittrick, rozkłada kości.
Ale nie jest on tam sam, bo wkrótce pojawiają się za nim przedziwne stwory: kaleka bez nogi, biały królik z wielkim penisem, postać z obrazu Edwarda Muncha Krzyk, żołnierz przebijający bagnetem dziecko, tłusta baba, gąsienica i inne dziwolongi natury. Ponad sceną i na proscenium pośród ciemnych jodeł umieszczone zostały diaboliczne monstra, np. czerwona dłoń jak z filmu Stevena Spielberga ET. Groteska miesza się z grozą, a cała scenografia chybocze, okna się otwierają, ściany podnoszą. Niesamowitość miejsca potęguje oświetlenie raz spowijające scenę w zielonej poświacie, a to znowu topiące ją w czerwieni. Nic tutaj niby nie dzieje się na serio, a jednak efekt jest wyjątkowy.
Ewa Kara