Przegląd nowości

Czekając na Petipę i Iwanowa

Opublikowano: wtorek, 12, maj 2009 02:00

Historia lubi się powtarzać... Kiedy pierwszy raz wystawiono balet Piotra Czajkowskiego Jezioro łabędzie, skończyło się to klapą, gdyż choreograf  W. J.  Reisinger nie poradził sobie z inscenizacją tego dzieła, nie docenił też siły i roli tej muzyki. Wydaje się, że podobny błąd jak Reisinger w 1877 roku popełnił choreograf i inscenizator łódzkiej wersji tego baletu - Giorgio Madia, lekceważąc uznaną i cenioną wersję  klasyczną, zwłaszcza tzw. akty białe, autorstwa Lwa Iwanowa, z 1894 roku, rzadko zmieniane.  Nie jestem za dogmatycznym trzymaniem się "wzorca z Sèvres" - w przypadku Jeziora łabędziego nie raz przecież go łamano (vide obrazoburcza wersja Matsa Eka), niemniej jeśli już go łamać, to bez niszczenia  kompozycji i istoty dzieła. Tak się jednak nie stało w łódzkiej inscenizacji, w której nie tylko zabito istotę tego baletu, ale i muzykę Czajkowskiego.

Image 

Reżyser i autor choreografii pisze w programie, iż jest dla niego ważne, aby pokazać publiczności, w szczególności tym, którzy nigdy nie widzieli Jeziora łabędziego, jego nowoczesną wersję. Rzecz w tym, że ta wersja nie tylko pozbawiona jest walorów "nienowoczesności", ale jej "nowoczesność" jest nudna, bez wyrazu i w dodatku nieprawdziwa. Gdyby popatrzeć, co choreograf i inscenizator zmienił w klasycznej wersji Jeziora, to po pierwsze - zmniejszył liczbę aktów, z czterech do dwóch, z czym można się jeszcze zgodzić.

Image 

Wprowadzenie jednak tańca na półpalcach zamiast puent już dobrym pomysłem nie jest, gdyż puenty akurat w tym utworze w połączeniu z tą muzyką, zwłaszcza w aktach białych, są nierozerwalną całością. Taniec na puentach wyraża lekkość ptaków, unoszenia się, uwznioślenie, do czego przyczynia się także muzyka, dość ignorowana w tej inscenizacji. Skutek tego taki, że tancerkom - łabędziom brakuje lekkości, co szczególnie widać w spowolnionych pas, bądź kiedy zmieniają pozycję na siedzącą. W ogóle rezygnacja z puent sprowadza tę realizację do parteru, zamiast w przestworza.


 

Wprowadzenie czarnej zasłony podczas wykonywania przez orkiestrę najsłynniejszego motywu Jeziora - niszczy i muzykę, i dramaturgię libretta. I świadczy chyba o braku pomysłu na połączenie libretta z muzyką w tej "nowoczesnej" wersji. A pomysł (inscenizatora? scenografa?) "wpływającego" na scenę rekwizytu w formie łabędzia - prawie lotniskowca, jest nazbyt prosty, żeby nie powiedzieć - prostacki.

Image 

Konsekwencje takiego rozdzielnego traktowania muzyki i libretta widać także w dramaturgii tego spektaklu, tzn. jej braku. Zaangażowani tancerze zza granicy (do roli Odetty/Odylii - Emy Kawaguchi z Augsburga oraz Giovanniego di Palmy do roli księcia Zygfryda - z Lipska), nie stworzyli  przekonujących postaci - dramat Odetty i Zygfryda pokazany jest banalnie, brakuje tu prawdy, przeżycia. Nie wiadomo też, dlaczego Królowa jest niepełnosprawna i usadowiona na wózku inwalidzkim. Złośliwie na to patrząc, wyjaśnień może być kilka: albo PFRON dokładał się do spektaklu (ale według programu - nie dokładał się), albo choreografowi nie chciało się stworzyć choreografii dla tej postaci (Królowa posługuje się bardzo sprawnie głównie trzecim biegiem w wózku), albo uznał, iż taka postać będzie ukłonem w stronę niepełnosprawnych (?), albo ma takie życiowe doświadczenie, że kobieta ok. 40-50 roku życia nie powinna chodzić...

Image 

Do zaskakujących rozwiązań należy też diverissement, zwłaszcza taniec hiszpański, tańczony przez czterech tancerzy z wachlarzami, co niektórym kojarzyło się z grupą MoCarta, innym - z przedwojennym chórem Czejanda, a generalnie było rewią w stylu amerykańskim. Tyle, że nie stepowali... Baletu w tej inscenizacji było zresztą jak na lekarstwo - podobnie jak we wcześniejszej realizacji tego choreografa na łódzkiej scenie - Dziadku do orzechów. I nie wiadomo, czy wynika to z poetyki tego twórcy, jego poglądów estetycznych, czy ze słabości łódzkiego zespołu baletowego. Niestety, od wielu lat łódzki teatr nie może się podźwignąć w tym względzie.


 

Widać, że zespół baletowy jest tylko z nazwy - każdy tańczy sobie, w dodatku z klasyką jest marnie. A przecież to podstawa. I w Jeziorze łabędzim ta prawda wychodzi jak w żadnym innym balecie - trzeba było mieć nie lada odwagę, żeby porwać się na takie dzieło - nawet w wersji "nowoczesnej", nie mając ani dobrych tancerzy, ani dobrze wyszkolonego zespołu! Przydałaby się tu i mocna ręka pedagogów i jeszcze jeden choreograf, bardziej nastawiony na klasykę, bez której nie uda się stworzyć zespołu i repertuaru. Bo na razie balet ŁTW tańczy niewiele (w repertuarze bieżącym pięć pozycji) i głównie choreografie Giorgia Madii, czyli utwory  jednorodne stylistycznie.

Image 

W Jeziorze zatem zamiast rzetelnego tańca stosowane są różne sztuczki - a to akrobatyczne, a to prestidigitatorskie, są nawet odniesienia do komedii dell' arte, Choreograf wprowadził na scenę też dzieci - to zabieg zawsze gwarantujący uznanie  publiczności. Zaproszono więc  uczennice szkoły baletowej  do zatańczenia słynnego pas de quatre, co z jednej strony może i dobrze (kiedyś muszą zdobywać szlify na dużej, prawdziwej scenie), ale z drugiej - obniża to loty artystyczne tego przedstawienia. I skłania do podejrzeń, że realizatorzy działają pod publiczkę.

Image 

I jeszcze scenografia i kostiumy: wszystko skromne, oszczędne. Błękity wody i nieba, czerń i biel jako dobro i zło, mocno wyrazista postać Rothbarta przypominająca malarstwo Williama Blake'a, białe paczki i piórka na dłoniach (to ładne!) baletnic. Rzeźba w stylu lat 60. nad jeziorem i ten koszmarny łabędź pojawiający się dwa razy w trakcie spektaklu. W sumie nic zaskakującego, nic odkrywczego - rzeczywiście współcześnie, gdy popatrzeć na kulturę globalną. Teraz trzeba tylko poczekać na drugiego Petipę i Iwanowa...

                                                                                         Anna Leszkowska