Przegląd nowości

"Parsifal" w Unter den Linden

Opublikowano: niedziela, 29, marzec 2009 01:00

Ekscytujące dni w Berlinie! 6 i 9 marca br. widownia była wypełniona po brzegi szczęśliwcami, którym dawno temu udało się zdobyć bilety na Parsifala. Zapowiedź, że Placido Domingo wystąpi w Berlinie jako Parsifal, była sensacją, ponieważ artysta nie śpiewał tej roli na scenie od 2005 roku - po serii przedstawień Parsifala w reżyserii Roberta Willsona w Los Angeles  miał poważne kłopoty ze zdrowiem i wydawało się, że nie wróci już do tej partii. Dlatego takim zaskoczeniem była decyzja zaśpiewania jej po czterech latach w Berlinie. Nic dziwnego, że bilety na oba spektakle zniknęły w okamgnieniu, bo przecież oprócz Dominga w obsadzie byli: Waltraud Meier (Kundry), Rene Pape (Gurnemanz), Hanno Müller-Brachmann (Amfortas), Christoph Fischesser (Klingsor), a Staatskapelle Berlin miał dyrygować Daniel Barenboim. Niestety Rene Pape zachorował i zastąpił go Matti Salminen w pierwszym przedstawieniu, w drugim zaś  - Robert Holl.

 Image

Miałam możność być na obydwu spektaklach, znakomitych, choć dopiero drugi z nich był prawdziwym pokazem artyzmu. Prawdą jest, że nie brakowało sceptyków, którzy wątpili, czy 68-letni Domingo udźwignie ciężar partii. Ale artysta raz jeszcze dał dowód swych niezwykłych umiejętności, zadziwiając nawet najsurowszych krytyków. Jego głos jest wciąż doskonały do roli Parsifala, a kilka dziesiątków lat śpiewania partii lirycznych, dramatycznych i potem jako heldentenor daje mu pełną swobodę ekspresji. Głos Dominga brzmi miękko, pogodnie i niewinnie w scenie z dziewczętami-kwiatami, nabiera wszelkich odcieni dramatyzmu, niemal rozpaczy w scenie z Kundry, kiedy bohater poznaje tajemnicę rany Amfortasa. Oczywiście "góry" nie brzmią tak pewnie, jak w latach młodości, ale są nadal dźwięczne, dobrze podparte i nośne. Z wiekiem dla każdego śpiewaka problemem staje się kwestia długości oddechu, ale Domingo gospodaruje zapasem powietrza w sposób mistrzowski. Zawsze wie, jak używać swego głosu i w inteligentny sposób "dba" o ten najdelikatniejszy z instrumentów. Jego najmocniejszą stroną jest bogaty, silny i wyrazisty rejestr środkowy.


 

Akt drugi, szczególnie sceny Dominga i Waltraud Meier, był najbardziej poruszający i wywołał największy entuzjazm publiczności. Nieczęsto zdarza się, aby po drugim akcie "Parsifala" reakcja widowni była do tego stopnia frenetyczna, z okrzykami Bravo!,  Brava!, Bravi! i długo niemilknącymi oklaskami. Zachwyty te były w pełni zasłużone! W pierwszym i drugim akcie, jako młodzieniec, Domingo ma ciemną perukę, natomiast w trzecim akcie jawi się na scenie ze swymi własnymi, srebrzystymi włosami. W sposób naturalny przedzierzga się na naszych oczach w starszego człowieka, podkreślając jeszcze ową przemianę głębszą barwą głosu, pełnymi godności gestami i szlachetną, dostojną postawą. Podczas całego spektaklu Domingo udowadnia, do jakiego stopnia znakomita technika i mądre wykorzystywanie wieloletniego doświadczenia scenicznego wspierają wrodzony dar głosu i talent.

Image 

Waltraud Meier była nie mniej ekscytująca. Jeśli istnieje jakakolwiek śpiewaczka urodzona do wykonywania partii wagnerowskich, jest nią właśnie ona. Doskonale portretuje cierpienie i metamorfozę Kundry. Jej tajemnicza podróż przez czasy, przemiana z dzikiej istoty w piękną kusicielkę, z furią przeklinającą opierającego się jej wdziękom Parsifala, a następnie w skromną, pokorną służebnicę, jest przykładem najwyższej klasy aktorstwa i śpiewu. W roli Gurnemanza Matti Salminen był po prostu znakomity, czego nie można do końca powiedzieć o drugim śpiewaku, zastępującym Rene Pape - Robercie Hollu. Miał on kilka słabszych miejsc, niewątpliwie wynikających z krótkiego czasu przygotowania do zastępstwa. Ale  jego głos nie jest tak silny i pewnie brzmiący jak nieporównywalny bas Salminena.

Image 

Hanno Muller-Brachmann, młody 39-letni baryton to znakomicie zapowiadający się artysta. Świeży, pełen ekspresji głos, który pozwala wierzyć, że z upływem czasu Brachmann stanie się jednym z najznakomitszych wagnerowskich wykonawców. Kolejnym mocnym punktem w obsadzie był Christof Fischesser śpiewający Klingsora, obdarzony basem giętkim i oddającym ciemną barwą wszelkie niuanse tekstu. Strzałem w dziesiątkę okazał się również wybór Andreasa Bauera jako Titurela, szczególnie że partia ta bywa często obsadzana znacznie słabszymi głosami.


 

W obydwu przedstawieniach zarówno chórowi, jak i orkiestrze można by wytknąć słabsze momenty, zwłaszcza 6 marca, kiedy zdawało się, że głośność panuje nad harmonią. Uczciwie będzie jednak wspomnieć, że akustyka "Unter den Linden" jest zła. Z drugiego balkonu słyszy się czasem wyłącznie orkiestrę i to grającą hałaśliwie,  podczas gdy publiczność na parterze może mieć całkowicie odmienne wrażenie. W pierwszym spektaklu Daniel Barenboim dyrygował czasami zbyt wolno i zbyt mało troszczył się o komfort śpiewaków w zakresie tempa i dynamiki. 9 marca było już zdecydowanie lepiej.

 Image

Tempa nadal pozostały raczej wolne, ale wyczuwało się większą dbałość dyrygenta o współgranie z solistami. W rezultacie otrzymaliśmy znakomite, warte zapamiętania przedstawienie, po którym publiczność zareagowała żywiołowo. Niekończące się brawa i stojąca owacja były podziękowaniem dla wszystkich artystów, zwłaszcza dla Waltraud Meier, Hanno Mullera-Brachmanna i niekwestionowanego bohatera wieczoru - Placida  Domingo. To były dwa naprawdę ekscytujące wieczory w Berlinie!

Image

Berliński "Parsifal" powstał w 2005 r.  jako pierwszy operowy projekt reżysera filmowego Bernda Eichingera. Jest to inscenizacja osobliwa, ale na szczęście nie tak udziwniona jak wiele współczesnych produkcji. Czuje się, że opera jest dla tego reżysera nową formą wyrazu. Zbyt często używa projekcji wideo do tworzenia (lub nie) różnych nastrojów i symulowania różnych miejsc akcji.  Zwolennikom tradycyjnych przedstawień może się ta inscenizacja nie podobać, dla zwolenników awangardowych spektakli na pewno jest za mało nowoczesna. Eichinger ma niezłe pomysły, ale brakuje mu konsekwencji w ich realizacji.

Trudno określić miejsce akcji 1. aktu. Projekcja obracającej się w tle kuli ziemskiej mogłaby sugerować, że jesteśmy w kosmosie. Albo i nie. Rycerze są albo Obcymi, albo wojownikami starożytnego Egiptu, imperium Inków lub jakiegoś bliżej nieokreślonego afrykańskiego plemienia. W zamyśle miało to pewnie oznaczać, że Święty Graal jest dziedzictwem całej ludzkości. Jedną z najbardziej wyzywających scen jest moment, który Wagner opisał jako spożywanie chleba i wina. "Enthuellet den Graal" znaczy dla Eichingera "dajcie no tu pieniek rzeźniczy". Na tym pieńku Amfortas umieszcza własne (?) serce, a rycerze przechodzą mimo, odkrawają po kawałku krwawego organu, jedzą i śpiewają z poplamionymi krwią ustami. Scena równie wstrząsająca co w złym guście.


 

Akt 2. Zamek Klingsora, również z wieloma projekcjami wideo w tle. Pożary, sceny wojenne, klęski żywiołowe... zadziwiające obrazy, dodające szczególnego znaczenia i uwypuklające dramatyzm wagnerowskiego arcydzieła. Być może pozwalają one początkującym wagnerzystom głębiej zrozumieć przesłanie libretta.

Akt 3. Wędrówka w czasie powinna zatoczyć koło, ale w jakimś sensie ma się uczucie czegoś niekompletnego. Miejscem akcji jest zimny, ośnieżony park w Nowym Jorku, w latach 40. Jednakże rycerze są zbieraniną punków, rockersów i członków młodzieżowych gangów. Co ma znaczyć zakończenie legendy Świętego Graala w latach 40.? Jaki jest związek scenerii lat 40. z gangami rockersów z lat 90.? Być może w zamyśle reżysera miało to sens. Przeszło pięciogodzinna podróż przez Czas, w której współuczestniczymy, jest wielką metaforą. Ale czemu Eichinger pozostawia ją niezamkniętą?

 

Image 

Wideoprojekcje nie są w operze niczym nowym. Wielu reżyserów stosuje je aż do przesytu. Eichinger używa tego środka w mądry sposób, choć nie zawsze. Czasami wygląda to na tanie efekty specjalne z niskobudżetowej produkcji hollywoodzkiej. Wielka szkoda, ponieważ niektóre pomysły tego reżysera mogłyby być szansą na stworzenie czegoś całkowicie odmiennego bez wypaczania intencji Wagnera.

Ale dosyć wybrzydzania. W końcu nie była to jedna z tych okropnych, pozbawionych sensu inscenizacji z masturbującymi się lub oddającymi mocz solistami, całkowicie przeinaczoną intrygą i istotnymi zmianami w partyturze, co tak bardzo odstręcza miłośników opery. Propozycja Eichingera była niezła w zamyśle, ale za mało konsekwentna w realizacji. No cóż, droga do Świętego Graala jest wybrukowana dobrymi intencjami.

                                                               Gabi Eder (Austria), tłum. M.B.