Przegląd nowości

Straszny "Dwór" - refleksje po wrocławskiej premierze opery

Opublikowano: niedziela, 15, marzec 2009 01:00

Niebotycznie trudno jest wystawić którąkolwiek z oper Moniuszki, a jeszcze trudniej jest zobaczyć którąś z nich na afiszu polskich teatrów operowych, z Operą Narodową na czele ... Same paradoksy... Jak to, my Polacy nie potrafimy śpiewać tej muzyki ? Jak to, lekceważymy jego twórczość preferując Verdiego i Pucciniego? Dlaczego w takim razie mamy pretensje do całego świata, w tym do nowojorskiej MET, że nie chce wystawiać Moniuszki?

Image

Co boli najbardziej? Pewnie to, że nie potrafimy śpiewać Moniuszki. Wokaliści męczą się niemiłosiernie tak podczas spektakli, jak i konkursowych przesłuchań. Nie ma efektu, nie ma przeżycia, nie ma pięknego śpiewu, nie ma precyzji technicznej, nie ma w końcu estetycznej jedności, co najbardziej dokucza na spektaklach. Niestety, nie wypracowaliśmy następców Andrzeja Hiolskiego, Bohdana Paprockiego, Bernarda Ładysza, Wiesława Ochmana - może dlatego, że sami nie uczyli? Nie mamy więc dziś Jontka, Stefana, nie mamy Skułoby ani Miecznika na miarę kreacji wymienionych. Na ostatnim, pogrzebowym spektaklu Halki w inscenizacji Marii Fołtyn, najlepszym śpiewakiem był Jontek zza wschodniej granicy - i to jest miara stanu naszego posiadania... Od lat nie było inscenizacji z wiodącą czy wiodącymi postaciami.

Image 

Ostatnią  moniuszkowską gwiazdą była bodaj Barbara Zagórzanka, w Halce sprzed ćwierć wieku, może też Józef Homik, w partii Jontka... Nie powstała dotąd polska szkoła śpiewania Moniuszki. Są teorie, które mówią, że Moniuszkę trzeba śpiewać po włosku, czyli w stylu włoskim ale w niełatwym do śpiewania języku polskim. W finale poprzedniego Konkursu im. A. Didura w Bytomiu, w 2004 roku Jontka znakomicie śpiewał Włoch, zwycięzca Konkursu - Antonino Interisano. Śpiewał oczywiście po włosku, i w języku włoskim - brzmiało to fantastycznie! Pisaliśmy o tym, mówiliśmy ale czy ktoś później zaprosił go do jakiejś realizacji Halki? A może dla tzw. dobra sprawy Opera Narodowa powinna zastanowić się nad tym czy nie warto wystawić Halkę po włosku? Może wtedy łatwiej byłoby zaprosić jakieś znaczące postaci ze świata?


Szkoda, że na Moniuszkę nie ma pomysłu nasza narodowa scena w Warszawie. Jedyną w repertuarze Halkę, w reżyserii Marii Fołtyn, zdjęto w styczniu br. wystawiając w zamian jednoaktówkę Verbum nobile, dzięki czemu mamy dziś w repertuarze tego narodowego teatru zaledwie kilkadziesiąt minut muzyki Moniuszki. Do tego nie zapowiedziano, że Teatr Wielki - Opera Narodowa za rok, czy za dwa lata, przygotuje nam jakąś nową inscenizację, na miarę XXI wieku, z zaproszonym np. Peterem Sellarsem czy z kimkolwiek ważnym i uznanym w świecie. Przecież tylko warszawski Teatr Wielki - Opera Narodowa, przy tak niewyobrażalnie potężnym - wobec innych teatrów operowych - budżecie, stać na najbardziej nawet wizjonerską i eksperymentalną inscenizację Halki, Strasznego Dworu, czy Hrabiny?... Dlaczego władza zwierzchnia Teatru Wielkiego - Opery Narodowej zatwierdza taki "nienarodowy" repertuar, dlaczego godzi się na tak jawne lekceważenie naszej rodzimej muzyki? To tak, jakby Narodowy Instytut Fryderyka Chopina promował wyłącznie Schumanna i Mendelssohna...

Image

Na tym bezrybiu i najnowsza wrocławska premiera Strasznego Dworu (6-8 III 2009) - choć pod wieloma względami rodząca poważne wątpliwości - jest czymś godnym odnotowania.


 

Realizatorzy (reżyser Laco Adamik i scenograf Barbara Kędzierska) dość ciekawie odeszli od narodowych sztandarów, charakterystycznych elementów ze znanych nam, dotychczasowych inscenizacji. Dali dość uniwersalne tło, z rozłożystym, bezlistnym drzewem, w zasadzie z cieniem drzewa, jakby w okiennych ramach, rodem z dalekowschodnich, wręcz japońskich pejzaży, czasami tylko delikatnie akcentując czy to biało-czerwone barwy, czy eksponując we dworze np. obraz Matki Boskiej Częstochowskiej - nie zapominając wszak o narodowych kostiumach (zaprojektowali je Magdalena Tesławska i Paweł Grabarczyk). Ciekawie dość i niekonwencjonalnie rozpoczęli operę w ponurym szpitalu wojennym, z którego wychodzą właśnie główni bohaterowie opery - Stefan i Zbigniew. Potem wszystko odbywało się "normalnie" choć w skromnych scenograficznie ramach. Znacznie gorzej wypadło śpiewanie. Dziwne, mało naturalne były głosy, często bezradne w swojej dynamicznej niemocy, pozbawione jakiegokolwiek piękna, z nie dość wyrównanymi rejestrami. Bodaj najciekawiej wypadły dwa wiodące wciąż w Operze Wrocławskiej głosy, dwie postaci: Ewa Czermak (Hanna) i Radosław Żukowski (Skołuba). Szczególnie godną odnotowania była postawa Ewy  Czermak - śpiewała najtrudniejszą, wirtuozowską przecież partię Hanny, całkowicie inną od pozostałych, wymagającą pewnego, koloraturowego głosu. Poza tym były już tylko momenty np. dobrze zgrany duet Hanny i Jadwigi (w tej drugiej roli wystąpiła ciekawa Dorota Dutkowska, z ładnie brzmiącą zwłaszcza średnicą głosu, góra stanowczo za szeroka).

Image

Niech nie będzie to odczytane jako złośliwość ale najbardziej podobał mi się wieńczący całość Mazur - znakomicie, efektownie przygotowany przez Mistrza Henryka Konwińskiego i znakomicie wykonany przez tancerzy Opery Wrocławskiej. Bardzo dobrze - jak zawsze - grała Orkiestra. Świetnie zaprezentował się np. klarnecista zespołu, dobrze wypadali i inni soliści. Mam natomiast zastrzeżenia do dyrygenta Tomasza Szredera. Raziło mnie jego niezdecydowanie, nie dość szerokie i wystarczająco wyraziste i pobudzające do działania ruchy i gesty. Odnosiłem wrażenie, jakby wszystkim zabrakło czasu, pewności i wiary, że ten spektakl może znaleźć uznanie u publiczności. To moje pierwsze wrocławskie przedstawienie z tyloma wątpliwościami i mankamentami. Szkoda, bo Moniuszko powinien być fantastyczny, a nie był...

                                                                        Adam Rozlach