Przegląd nowości

"Fiddler on the Roof" made in Wroclaw

Opublikowano: sobota, 18, październik 2008 02:00

           Musical Skrzypek na dachu (w niemieckiej strefie językowej wystawiany jako Anatewka), bije rekordy popularności. Jerry Bock napisał kilka piosenek do rewii broadwayowskich oraz kilka musicali, z których dwa: Fiorello (1959), i Fiedler on the Roof (1964), odniosły duży sukces. Skrzypek na dachu należy do tych wielkich amerykańskich musicali, które obiegły niemal cały świat. We Wrocławiu powrócił na afisz, po zaledwie trzech latach nieobecności. Zawsze grany przy kompletach publiczności, zapewne po tegorocznej serii sześciu przedstawień jeszcze nie raz powróci do stolicy Dolnego Śląska. I warto żeby wracał, gdyż wystawiany w Hali Stulecia jest muzycznym widowiskiem przedniej jakości. Nie ma w nim słabych punktów, bowiem każdy element składający się na spektakl został przygotowany z najwyższą artystyczną jakością.

Image 

Premiera, 10 października, prowadzona zręczną batutą dyr. Ewy Michnik wykazała w pełni profesjonalne podejście do muzyki charakterystycznej w amerykańskiej strefie kulturowej. Maestra trafnie i z wyczuciem, za pomocą wielkiego zespołu orkiestry zaznaczyła stylizowany żydowski folklor, z właściwym nastrojem kształtowała atmosferę przeżyć, od sentymentalnych i lirycznych fraz aż do tragicznych. Takie właśnie dominowały, gdy bohaterom przyszło opuszczać rodzinną Anatewkę. Solo skrzypcowe z dużym kunsztem, w kostiumie Żyda, wykonywał na scenie Stanisław Czermak. Wprawdzie muzyka kształtowała emocje, ale o ich narastanie i wzruszające sytuacje zadbał reżyser megaprodukcji, Marek Weiss.


 

Od pierwszego wejścia na ogromną scenę, równie ogromnego aparatu wykonawczego akcja sceniczna przebiegała sprawnie i co równie istotne - logicznie, i w całkowicie zgodnym powiązaniu z treścią wypowiadanych przez zespół kwestii. Nic nie działo się bez przyczyny, żaden z ponad stu artystów nie stał w miejscu, miał przypisane zadanie i sumiennie (moim jako obserwatora zdaniem), to wykonywał. Każda z występujących osób odznaczała się odmienną osobowością. Dla przykładu najstarsza z córek, Tzeitel (w programie Cajtla), DorotaDutkowska mogłaby zostać posądzoną o niemrawe aktorstwo, lecz sądzę, że w taki oto sposób rozumiała (i reżyser także), zagranie postaci. Zadbano również o rekwizyty. Jeśli tytułowy bohater w rozmowie z Bogiem mówił o swoim koniu, lub krowie, to na żywe zwierzę (stojące w stajni, lub oborze umieszczonej obok sceny), kierowały się jupitery. Nie sposób tu pominąć wielopiętrowej, nadzwyczaj efektownej scenografii, dającej pogląd na gęsto zabudowaną miejscowość Anatewka. Zarówno dekoracje sceniczne, jak i urodziwe oraz stylowe kostiumy zaprojektował Ryszard Kaja.

Image 

W obszernej przestrzeni scenicznej po skrzypku grającym na dachu domku Tewiego na scenie pojawia się tytułowy bohater. Wraca z pracy, gdy wydarzenia w Anatewce wprowadziły już widzów w atmosferę codzienności, poszanowania tradycji, przygotowań do sabatu i zawodowych zabiegów swatki Jente (Aleksandra Lemiszka).Mleczarz Tewie, w omawianej produkcji jest nim Bogusław Szynalski, sam ciągnie wózek, ponieważ jego stara szkapa straciła podkowę. Podejmując monolog z Panem Bogiem zachwyca nieskazitelną dykcją w mówieniu tekstów. Każdy wyraz brzmi dźwięcznie i pogodnie. Do tego dochodzi subtelna gra aktorska, w której każdy gest i każde spojrzenie posiada niezaprzeczalnie wysoki wyraz artystyczny. Zaczyna śpiewać jedną z najpopularniejszych piosenek Gdybym ja bogaczem był i znowuż moje uszy wprowadza w osłupienie.


 

Tak też traktuje wszystkie pozostałe partie wokalne. Wydaje się nieprawdopodobnym żeby śpiewak zbierający zasłużone komplementy w śpiewaniu dzieł Wagnera, oper werystycznych i bodajże twórczości z wszystkich epok, najwłaściwiej jak to tylko jest możliwe prezentował styl przypisany musicalowy. A jednak skutecznie, do końca przedstawienia dokumentował swą wszechstronność. Stworzył sceniczny portret Tewiego godzien największych komplementów. Zresztą tak samo, jak jego sceniczna żona, Gołde - Jolanta Żmurko, artystka najwyższej klasy. Prostymi środkami warsztatu aktorskiego budowała postać matki pięciu córek (w tej inscenizacji widać tylko trzy).

Image 

Dowcipnie i swobodnie brała udział w licznych dialogach, wśród których elegancją linii wokalnej duetu Czy mnie kochasz? zaskarbiła sobie szacunek należny gwiazdom sceny wielkiego formatu. Fantastycznie i wiarygodnie zagrała wystraszenie w nocnej scenie, podczas relacji o sennej zjawie babki i pierwszej żony Tewiego. Każde pojawienie się na scenie pani Żmurko oznaczało perfekcyjną jakość aktorską. Brawo! Wśród córek na szczególną uwagę zasługuje drugie dziecko, debiutująca Maja Słoniowska, jako Chawa.


 

Młoda artystka dysponuje przyjemnej barwy sopranem i dobrze nim włada. Wykazała się wspaniałym wyczuciem praw teatru muzycznego w scenach zespołowych i bardziej kameralnych podczas, rodzącego się uczucia do młodego Rosjanina, Saszy, w którego rolę wcielił się Andrzej Kalinin. Obcy, student kijowskiego uniwersytetu przybyły do Anatewki, Perczik, którego prezentował Jacek Jaskuła tak jak należało, od pozostałych mieszkańców odróżniał się tworzeniem rysów psychologicznych kreowanej postaci. Był inny podczas wzorowo z prawidłową dykcją wypowiadanych kwestii oraz w swobodnym ruchu scenicznym. Jednak mimo wstrzemięźliwości miejscowej żydowskiej społeczności zaskarbił sobie życzliwość mleczarza.

Image 

Skorzystał z propozycji i podjął się edukacji jego córek, co zaowocowało wzajemnie rodzącą się miłością do Hodel, tego wieczora w sympatycznym ujęciu Anny Bernackiej. Owa para najtrafniej własne walory wokalne i aktorskie przedstawiła podczas sceny wesela. Ślicznie zaśpiewali i uroczo zatańczyli. Przyjemnie było widzieć jak budzą zgorszenie u starszych gości biesiady. Ale na tym polegała ich wysokiej próby artystyczna jakość. Skoro już mowa o tańcu, to na duże komplementy zasłużyła choreografia i układy taneczne skomponowane przez Emila Wesołowskiego. Właściwie widowisko było tak bardzo roztańczone, że nie sposób odróżnić zasług w tym względzie położonych przez reżysera i choreografa, bowiem każdy zespołowy ruch sceniczny posiadał wysoką jakość. W spektaklu wzięło udział dwudziestu solistów. Każdy z nie wymienionych wyżej wniósł swój wkład w efektowną całość. Lecz nie tylko oni, bo i chór imponował świetnym współbrzmieniem, zespół baletu (rewelacyjny taniec z butelkami), wspaniali statyści, a także reżyserzy dźwięku oraz oświetlenia omawiany wieczór mogą zaliczyć w poczet zawodowych sukcesów. Aczkolwiek kreacje Bogusława Szynalskigo, Jolanty Żmurko, Jacka Jaskuły i Maji Słoniowskiej możemy złotymi zgłoskami zapisać w historii Opery Wrocławskiej.

                                                                                 Wilfried Górny