Przegląd nowości
- Szczegóły
-
Opublikowano: czwartek, 11, marzec 2010 12:55
Strona 1 z 3
|
Co zostało w pamięci po tegorocznych XVIII ŁSB? Egzotyka, czyli hiszpańskie flamenco oraz barwne widowisko - czyli "Carmina burana" Carla Orffa w węgierskim wykonaniu. To jednak trochę za mało, jak na imprezę o światowej renomie i sporej, 38-letniej historii. Jak na 6 zespołów baletowych (?), jakie zaprosili organizatorzy tegorocznych spotkań (dały 11 spektakli) nie jest to zbyt pochlebna opinia. Nie wiadomo jednak, czy tegoroczna mizeria (choć bywały już lata chudsze) jest wynikiem stanu baletu i choreografii na świecie, czy tragicznie małej kasy łódzkiego Teatru Wielkiego - i to mimo wielkich starań organizatorów i nie mniejszej życzliwości władz miasta i województwa dla tej prestiżowej imprezy.
|
|
Dyrektor ŁSB, Stanisław Dyzbardis, który jest jednym z twórców tego festiwalu nie ukrywa, że w niektórych przypadkach organizatorzy nawet nie podchodzili do negocjacji - progi były zbyt wysokie. Czasy, kiedy łódzki TW (i ministra kultury) stać było na zaproszenie czołówki światowej baletu odeszły razem z socjalizmem. Co zatem mogliśmy skonsumować duchowo w gospodarce rynkowej? ŁSB zaczęły się mało strawnie, choć nazwisko: Gray Veredon wskazywało na dobry początek. Niestety, zaprzyjaźnionemu z Łodzią Nowozelandczykowi, znanemu w świecie choreografowi, zdarzyła się wpadka, kiedy postanowił zmierzyć się z holokaustem. Podzielił tym samym los innego znakomitego choreografa, Conrada Drzewieckiego, który w początkach lat 80. też mierzył się na scenie z latami pogardy ("Ostatnia niedziela") i też skończyło się to klapą artystyczną. "Kolor żółty" w wykonaniu zespołu baletowego Łódzkiego Teatru Wielkiego miał być w zamierzeniach ostatnią częścią trylogii dotyczącej Łodzi, po "Ziemi obiecanej" oraz "Kobro" - bardzo udanych (nie mówiąc już o innych, jeszcze lepszych, jak "Amadeusz", czy "Sen nocy letniej").
|
|
Mimo wielkiego wysiłku choreografa przestudiowania ocalałych akt z łódzkiego getta, poznania relacji osób, które przeżyły to piekło - nie udało się pokazać na scenie koszmaru tamtych lat, choć są w spektaklu momenty wzruszające. Niewątpliwie należy do nich scena żegnania córki przez ojca, zdającego sobie sprawę, jaki los ją czeka. Niezwykle wzruszająco przedstawiona przez Krzysztofa Pabjańczyka i Monikę Maciejewską. I druga - scena zawieszona od góry do dołu marynarkami. Te dwa obrazy przez swoje walory emocjonalne i symboliczne mówią więcej o losie Żydów podczas wojny niż całe przedstawienie, pełne dosłowności i przez to nieoddziałujące na sferę wyobraźni widza.
|
|