Akcja muzyczno-sceniczna Poezja witraży (scenariusz: Jacek Popiel, muz. Stanisław Radwan, scenografia: Stanisław Wyspiański i Ryszard Melliwa) zdaje się łączyć kilka poetyk. Przede wszystkim niegdysiejszych widowisk Światło i dźwięk (Son et lumière), a więc iluminacji odsłaniających z towarzyszeniem odpowiednio dobranej muzyki detale i niecodzienne oblicze zabytków. W tym przypadku dotyczyło to polichromii i witraży Wyspiańskiego.
Także zjawiska zwanego „trzecim nurtem“, stanowiącego fuzję muzyki poważnej z rozrywkową. Ja pamiętam Mszę beatową Katarzyny Gaertner, w której obok formacji Niebiesko-Czarnych wystąpili krakowscy filharmonicy pod dyrekcją Jerzego Katlewicza. I właśnie orkiestra i chór Filharmonii Krakowskiej pojawili się i tym razem, tyle że pod batutą Tomasza Tokarczyka.

I mieliśmy do czynienia z zestawieniem symfonizmu, wielogłosowych technik barokowych w odniesieniu do chóru z recytacjami i śpiewem białym głosem w wykonaniu aktorów Starego Teatru (Jacek Romanowski, Aleksandra Płatek i Ewa Kaim), z którym związany był Stanisław Radwan, autor większej części oprawy muzycznej. Do tego ostatniego kierunku prawdopodobnie świadomie nawiązał inscenizator Bogusław Nowak. Narracja Jana Wróbla koncentrowała się wokół postaci Stanisława Wyspiańskiego, krakowskiego Wagnera, jak tamten poety i człowieka teatru, tyle że nie kompozytora, lecz malarza. Jak tamten wizjonera, dla którego odpowiednikiem Teatru Festiwalowego w Bayreuth miała być zamierzona na większą skalę przebudowa Wawelu właśnie odzyskanego z rąk austriackiego wojska (akurat tego dnia przed południem miałem okazję obejrzeć to wizję „polskiego Akropolu“ w formie makiety).
Jak to w przypadku wybitnych artystów bywa, skłóconego z miejscowym środowiskiem prowincjonalnego wówczas miasta. Musiał zadowolić się i to nie bez kłopotów tylko częściową dekoracją kościoła franciszkanów, odbudowywanego po wielkim pożarze Krakowa 18 lipca 1850 roku. Postaci użyczył mu Mateusz Bieryt, a tekstu dostarczył Jacek Popiel w oparciu o zachowaną korespondencję artysty.

A zatem można było śledzić perypetie związane z ulubionymi przez niego motywami kwietno-roślinnymi polichromii oraz sposobem przedstawienia błogosławionej Salomei w prezbiterium. O ile potrafił iść na kompromisy w kwestiach wynagrodzenia, o tyle nie w sprawach artystycznych. Dotyczyło to opus magnum, jakim okazać się miał witraż Boga Ojca za chórem.

Według mnie prosiło się, żeby kulminacji czyli jego pojawieniu się towarzyszyło nagłe rozbłyśnięcie światła na moment wydobywającego go z mroku przy dźwiękach czystego durowego akordu niczym po słowie Licht w Stworzeniu świata Josepha Haydna czy w zakończeniu dzieł Krzysztofa Pendereckiego. Czas na jego dłuższą iluminację był po zakończeniu. Zresztą nastąpiła ona i objęła cały kościół, tak że można było zaglądnąć w jego na co dzień niedostępne zakamarki, na przykład przy ołtarzu. Duże wrażenie wywarł natomiast finał, kiedy otwarły się zewnętrzne odrzwia i w zalaną światłem przestrzeń za nimi oddalał się Wyspiański - metafora nieśmiertelności osiągniętej za sprawą tego dzieła?
Lesław Czapliński